Małgorzata Dorna (Wendrychowska

Małgorzata Dorna (Wendrychowska), rocznik 1954

 

Krytyk sztuki, absolwentka Filologii Polskiej UG, obecnie IV r. Filologicznych Studiów Doktoranckich (teatrologia) na Uniwersytecie Gdańskim. W perspektywie praca, poświęcona teatralizacji przestrzeni Gdańska w czasach politycznych przełomów.

Urodziłam się w rodzinie sopockich artystów, wychowałam w pracowni graficznej  ojca – Romualda Bukowskiego i w osobnym”, acz mocno rozpoetyzowanym świecie mojej matki, malarki kwiatów, estetki, zakochanej w prozie Marcela Prousta. Trzy razy wychodziłam za mąż – trzy razy lansowałam nowe nazwisko.

Być może jestem programową „skandalistką”, nie wierzę w „autorytety”, w sztuce poszukuję buntu, emocji, a nade wszystko – kontaktu z drugim człowiekiem , drugą „Personą dramatu”.

Moje postrzeganie malarstwa ukształtowała sopocka bohema lat 70. Ubiegłego stulecia, postrzeganie grafiki – Gdańska „Oficyna”, rzeźby – wyważone, eleganckie eseje Zofii Watrak, założycielki galerii „Refektarz”.

W czasach PRL – u fakt bycia „artystą” dawał poczucie absolutnej wolności, prawo do buntu i własnych przekonań. Zapewne to właśnie wtedy nauczyłam się nie oddzielać życia od sztuki, żyć sztuką, literaturą, muzyką Floydów i Uriah Heep, Yesów – dając sobie równocześnie prawo do wypowiedzi prawdziwe krytycznych, nie wolnych od autoironii i dość lekkiego, charakterystycznego dla felietonu – stylu.

Dziś wiem, że obowiązkiem krytyka jest pisać w sposób interesujący, logiczny, zrozumiały, wyrafinowany literacko, jednak bez patosu, bez taniej egzaltacji, bez owej nudnej, pseudonaukowej „otoczki”, którą tak cenią „akademicy”.

Przed laty, na łamach „Tygodnika Sopot” publikowałam cykl: Sopoccy outsiderzy. Dzisiaj dla „Autografu” piszę o artystach i zjawiskach, których obecność okazuje się znacząca, rysuje się mocną, szkicową krechą na tafli popkulturowego zwierciadła.

Na szczęście – nie wszyscy się w nim przeglądamy.

 

 

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska), Jacek Ojrzanowski „Homeroscopium sztuki” Właściwe dać rzeczy słowo. Krytyka artystyczna nie tylko dla studentów

„Homeroscopium sztuki”, czyli o sztuce dla każdego

Piękna, wyjątkowa książka „Homeroscopium sztuki” Właściwe dać rzeczy słowo Małgorzaty Dorny (Wendrychowskiej) i Jacka Ojrzanowskiego trafiła właśnie do rąk czytelników. Publikacja, która poddaje wnikliwej analizie współczesne nurty artystyczne malarstwa polskiego, ukazała się nakładem Wydawnictwa Media Zet.

Czytelnicy są nią zachwyceni. – Książka jest cudowna, pięknie wydana,z reprodukcjami obrazów współczesnych artystów, czyta się ją fantastycznie, to olbrzymia wiedza o sztuce podana z taką swobodą i lekkością stylu, że trudno się oderwać od tej lektury, niesamowicie uwrażliwia na sztukę – recenzują ją na gorąco.

   

Tył okładki ze skrzydełkiem, wewnętrzna część okładki ze skrzydełkiem 

Książka jest dedykowana Eduardowi Nikonorovowi, Polakowi z pochodzenia, jednemu z najwybitniejszych postsowieckich twórców malarstwa figuratywnego, zmarłemu 17 sierpnia 2019 roku w Iwano-Frankowsku (Stanisławowie) na Ukrainie.

„Homeroscopium sztuki” zawiera 22 wspaniałe, autorskie eseje pióra Małgorzaty Dorny (Wendrychowskiej) i   Jacka Ojrzanowskiego  o twórczości artystycznej artystów plastyków. Wśród nich są znani, owiani już legendą cudowni artyści: Alfred Aszkiełowicz, Stanisław Baj, Anna Bochenek, Katarzyna Gauer, Krzysztof Gliszczyński, Władysław Jackiewicz, Zofia Kawalec-Łuszczewska, Anna Lejba, Andrzej Łobodziński, Eduard Nikonorov, Tadeusz Ogrodnik, Roman Opałka, Janusz Plota, Ewa Podolak, Krzysztof Polkowski, Stanisław Sacha Stawiarski, Aleksandra Simińska, Andrzej Mikołaj Sobolewski, Andrzej Tomaszewski, a także „Młodzi Dzicy”. W książce, w dwóch kolorowych wkładkach, można podziwiać reprodukcje ich dzieł.

  

Okładka ze skrzydełkiem, wewnętrzna część okładki

Autorzy książki : Małgorzata Dorna (Wendrychowska) i Jacek Ojrzanowski to znani krytycy sztuki. „Proponowana przez nas publikacja – tak oto piszą o tej niezwykłej książce – pomyślana nie tylko jako podręcznik dla młodzieży szkół średnich i pierwszych lat studiów artystycznych, stanowi w istocie uporządkowany i przemyślany zbiór esejów, poświęconych najważniejszym zjawiskom występującym w plastyce końca XX i początków XXI stulecia. Kryteria doboru tematów wydają się być oczywiste: autorzy biorą pod uwagę nie tylko te dzieła i niekonwencjonalne realizacje (w tym także art-objects z tak zwanego „pogranicza” jak: ambalaże, collage, happening, performance, mural), które odwołują się do wartości humanistycznych, tradycji narodowych oraz charakteryzują się dbałością o walory warsztatowe, doskonałością, mistrzostwem formy. Istotna jest tu także zmiana, ewolucja spojrzenia na sztukę, której jesteśmy świadkami, owo przejście od warsztatu badacza literatury (znawcy hermeneutyki i semiotyki), warsztatu wykorzystywanego najczęściej w sferze krytyki artystycznej do rozważań na miarę „zwykłego” odbiorcy, bywalca galerii, wyposażonego co prawda w pewien aparat pojęciowy, badaczy, ale nie radzącego sobie samodzielnie z odczytaniem dzieła. Innymi słowy – celem proponowanej przez nas publikacji jest pokazanie prac konkretnego grona artystów, reprezentantów różnych kierunków i stylów oraz podjęcie prób interpretacji tych prac, pokazanych w szerszej perspektywie, kontekście kulturowym.

Autorzy dziękują Stanisławowi Kazimierzowi Romaniszynowi – miłośnikowi sztuki i edukacji artystycznej za wsparcie wydania publikacji, a także Zuzannie Przeworskiej bez zaangażowania której niniejsza książka by nie powstała.

Podziękowanie kierowane jest także do artystów plastyków oraz Galerii Sztuki za udostępnienie reprodukcji obrazów do niniejszej publikacji:

Alfreda Aszkiełowicza, Stanisława  Baja, Anny Bochenek, Katarzyny Gauer, Krzysztofa Gliszczyńskiego, Zofii Kawalec- Łuszczewskiej, Anny Lejby, Tadeusza Ogrodnika, Janusza Ploty, Krzysztofa Polkowskiego, Aleksandry Simińskiej, Andrzeja Tomaszewskiego

oraz Galerii Sztuki: 

 Pani Ewy Jackiewicz z Galerii Jackiewicz w Gdańsku – za reprodukcje obrazów Władysława Jackiewicza

Pani Carmen Tarscha z Galerii Quadrilion w Warszawie – za reprodukcje obrazów Stanisława Sacha Stawiarskiego

Atlasa Sztuki w Łodzi – za reprodukcje obrazów Romana Opałki

Pana Macieja Ojrzanowskiego – za reprodukcje obrazów Eduarda Nikonorova

BWA i UP w Pile- za reprodukcje obrazów Ewy Podolak i Andrzeja Mikołaja Sobolewskiego

 

Informacja o książce:

Homeroscopium sztuki. Właściwe dać rzeczy słowo.

Krytyka artystyczna nie tylko dla studentów

Autorzy:

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Jacek Ojrzanowski

Copyright © Małgorzata Dorna (Wendrychowska), Jacek Ojrzanowski 2020

Copyright © Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

Wszystkie prawa zastrzeżone.

 

Redakcja –  Zuzanna Przeworska

Str. 252, w tym 36 w kolorze

 

Na okładce wykorzystano obrazy Eduarda Nikonorova.

Na pierwszych stronach okładki obraz pod tytułem „Still Life”

Na ostatnich stronach okładki obraz pod tytułem „Infante”

Projekt okładki Maciej Ojrzanowski

 

Wydanie I,  Piła, 2020

Wydawca –  Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

64–920 Piła, ul. Salezjańska 11/8, tel./fax /067/ 213 24 92

www.wydawnictwomediazet@wp.pl

e–mail: mediazet@wp.pl

 

Opracowanie graficzne

Oficyna Reklamowo-Edytorska DRACO-ART Piła – Renata Drozd

Druk – Drukarnia TOTEM Inowrocław

ISBN 978-83-60245-98-9

 

 

————————————–

Zamówienie

1/ Książkę można bezpośrednio zamówić – kupić u wydawcy:

możemy wysłać pocztą –
cena za 1 egz. – 25 zł +15 zł koszty przesyłki. Można tę kwotę 40 zł wpłacić
na konto wydawnictwa – proszę podać dokładny adres:
Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska
64-920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

Bank Pocztowy Oddział w Pile

Nr 70 1320 1351 2212 3516 2000 0001

Książkę wyślemy po wpłacie na konto

tel.668 000 335

Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

64–920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

tel./fax /067/ 213 24 92

www.wydawnictwomediazet@wp.pl

e–mail: mediazet@wp.pl

  

Poniżej:

1.Biogramy autorów książki

2.Fragmenty wybranych esejów pióra Jacka Ojrzanowskiego

31.Fragment z Listu do Czytelników

4. Uwagi końcowe

5. Spis treści 

 

1.Biogramy autorów książki 

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska), rocznik 1954

Krytyk sztuki, absolwentka Filologii Polskiej UG, obecnie IV r. Filologicznych Studiów Doktoranckich (teatrologia) na Uniwersytecie Gdańskim. W perspektywie praca, poświęcona teatralizacji przestrzeni Gdańska w czasach politycznych przełomów.

Urodziłam się w rodzinie sopockich artystów, wychowałam w pracowni graficznej  ojca – Romualda Bukowskiego i w osobnym”, acz mocno rozpoetyzowanym świecie mojej matki, malarki kwiatów, estetki, zakochanej w prozie Marcela Prousta. Trzy razy wychodziłam za mąż – trzy razy lansowałam nowe nazwisko.

Być może jestem programową „skandalistką”, nie wierzę w „autorytety”, w sztuce poszukuję buntu, emocji, a nade wszystko – kontaktu z drugim człowiekiem , drugą „Personą dramatu”.

Moje postrzeganie malarstwa ukształtowała sopocka bohema lat 70. Ubiegłego stulecia, postrzeganie grafiki – Gdańska „Oficyna”, rzeźby – wyważone, eleganckie eseje Zofii Watrak, założycielki galerii „Refektarz”.

W czasach PRL – u fakt bycia „artystą” dawał poczucie absolutnej wolności, prawo do buntu i własnych przekonań. Zapewne to właśnie wtedy nauczyłam się nie oddzielać życia od sztuki, żyć sztuką, literaturą, muzyką Floydów i Uriah Heep, Yesów – dając sobie równocześnie prawo do wypowiedzi prawdziwe krytycznych, nie wolnych od autoironii i dość lekkiego, charakterystycznego dla felietonu – stylu.

Dziś wiem, że obowiązkiem krytyka jest pisać w sposób interesujący, logiczny, zrozumiały, wyrafinowany literacko, jednak bez patosu, bez taniej egzaltacji, bez owej nudnej, pseudonaukowej „otoczki”, którą tak cenią „akademicy”.

Przed laty, na łamach „Tygodnika Sopot” publikowałam cykl: Sopoccy outsiderzy. Dzisiaj dla „Autografu” piszę o artystach i zjawiskach, których obecność okazuje się znacząca, rysuje się mocną, szkicową krechą na tafli popkulturowego zwierciadła.

Na szczęście – nie wszyscy się w nim przeglądamy.

 

Profesor dr hab. Jacek Ojrzanowski

Profesor dr hab. Jack Ojrzanowski, pracownik naukowo-dydaktyczny Instytutu Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej; absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Łodzi (obecnej Akademii Sztuk Pięknych w Łodzi): Wydziału Grafiki (1977 r.) oraz Wydziału Wzornictwa Przemysłowego (1982 r.). Projektant komunikacji wizualnej i designu, ze szczególnym uwzględnieniem wzornictwa społecznego.

Były: dziekan Wydziału Wzornictwa ASP w Łodzi; dziekan Wydziału Grafiki Komputerowej Wyższej Szkoły Kupieckiej w Łodzi; Przewodniczący Rady Naukowej Instytutu Wzornictwa w Warszawie; dyrektor Instytutu Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej; prezes Fundacji Kultury Materialnej i Fundacji Archikultura. Przewodniczący Rady Muzeum w Koszalinie.

Biegły Sądu Okręgowego w Warszawie w zakresie: grafiki.

Projektant komunikacji wizualnej i wzornictwa.

Krytyk i propagator sztuki

 

 

2.Fragmenty wybranych esejów pióra Jacka Ojrzanowskiego

 

O malarstwie Stanisława Baja (fragmenty)

„Mistrzowski wyraz tej pasji ujawnia się w stosowanej przez Baja malarskiej technice gestu, tak charakterystycznej dla malarstwa chińskiego, stanowiącego jedną z najstarszych ciągłych tradycji artystycznych na świecie. Metoda wymaga niezwykłych umiejętności manualnych i dużego doświadczenia, niezbędnego do tworzenia form powstających w wyniku szybkich pociągnięć pędzla. Swym rodowodem nawiązuje do chińskiego monochromatycznego malarstwa pejzażowego xieyi, które osiągnęło swój szczyt rozwoju w wiekach IX–XIV. Jego twórcami byli uczeni konfucjańscy, należący do intelektualnej elity kraju. To za ich sprawą narodziła się również myśl, postulująca tworzenie obrazów, które oddawały raczej stan ducha artysty w chwili tworzenia, niż czyste odwzorowanie form”

„Najczęściej namiętnością określamy stan silnego odczuwania emocji, wiążący się z intensywnością doznań, wynikających z nieodpartego uczucia do drugiej osoby. Malarstwo Baja wyraża ją w każdym kolejnym obrazie poświęconym Matce, a w szczególności rzece, Jego Rzece. Jakby uosabiała kobiece piękno stworzone do miłości. Odsłania jej zmienną, choć trwałą istotę. Odkrywa ją jak piękną acz kapryśną kobietę, co rusz przeobrażającą swoją postać. Gdy nie śpi, nigdy nie tkwi bez ruchu, nieraz galopuje. Po prostu bezruch jest dla niej czymś nienaturalnym  (nie przez przypadek sztuka to rodzaj żeński). Można by rzec, że hipnotyzujące jest „nawoływanie syren”, dobiegające znad rzeki”

„Baj nie jest w swym malarstwie dyskretny. W chwilach twórczego uniesienia ujawnia nam, ukryte przed naszymi oczami, tajemnice rzeki. Pomimo, że uczucie namiętności, w wyniku jego nasilenia, może prowadzić do utraty kontroli intelektualnej nad zachowaniem, malarz, podobnie jak Orfeusz, nie ulega tej słabości, do której (bywa) kobiety doprowadzają mężczyzn. Cóż bowiem może być bardziej upokarzającego od odkrycia, że obiekt naszego afektu nie jest go wart ? Jeśli można kochać Rzekę, która uosabia rodzinny Dom, to Baj daje wyraz tym emocjom wobec wartości, która go nigdy nie zawiodła, „właśnie jej nie fantazji, nie mitu czy jakiegoś stworzonego przez siebie obrazu”

O malarstwie Eduarda Nikonorova (fragmenty)

„W obrazie pod tytułem „Gra” Nikonorov nawiązuje bezpośrednio do „Liber super ludo scaccorum”, w którym dominikanin Iacopo da Cessole, wykorzystując figury szachowe, stworzył jeden z najciekawszych opisów średniowiecznego społeczeństwa. Nikonorov w swym dziele,   w karykaturalny sposób, pod postaciami króla i błazna, jako równorzędnych partnerów w batalii  o dominację, przedstawia konfrontacyjne starcie dwóch sił. Ofiarami w tej walce o panowanie nad światem stajemy się my. Widzimy jak z pola szachownicy, niby żołnierze ginący w boju, spadają w nicość kolejno strącane pionki. Biel i czerń kratkowanej planszy (uzupełnione w obrazie kontrastującymi z sobą czerwienią i zielenią ) symbolizują odwieczny konflikt: światła z ciemnością, dobra ze złem, yin i yang. Dają wyraz zbiorowych relacji dwóch mocy. Artysta zdaje nam się przypominać że, mimo upływu czasu, umysłowego rozwoju człowieka i humanizacji stosunków międzyludzkich ten układ zgrzebnej codzienności zakorzenił się w naszym społecznym życiu na dobre”.

„W cyklu obrazów „Miłość Brutalna” teatr Nikonorova nie jest w swej wymowie tak karykaturalnie bezwzględny chociaż, podobnie jak u Dudy Gracza, symbolicznie niejednoznaczny. Natomiast zachowuje w sobie, jak wiele dorosłych psów (przepraszam za to niestosowne kolokwialne porównanie) coś ze szczenięcego usposobienia, charakteryzującego się, nawet w niebezpiecznej zabawie, przewrotną przekorą. Do określenia zabawy używam (dosłownie i w przenośni) przymiotnika niebezpieczna, bo igraszki, stanowiące narrację cyklu obrazów Nikonorova, dotyczą całej rzeszy ludzi (populacji kobiet i mężczyzn), które mogą się poczuć, jak ta pani z galerii, dotknięte w wyjątkowym mniemaniu o swojej wyjątkowości”.

„Nikonorov, w „Brutalnej Miłości”, kryjąc się za barokowym splotem (nie zawsze prostych) malarskich fraz, jak badacz la comedia zwanej ludzką egzystencją, w humorystyczny i nieco  ironiczny  sposób rozprawia się z cielesną ułomnością człowieka – biologicznym universum życia. Jak prawdziwy pluralista traktuje obie płci (przedkładające doznania nad odczuwanie refleksji)  z równoważnym symetrycznym zrozumieniem. W książce Małgorzaty Dorny „Nikonorov’s Passion”, w rozdziale Nature, oglądamy obraz Centaurs przedstawiający, niejako z kobiecego punktu widzenia, dwa zespolone w walce na śmierć i życie folosy. Rywalizują o względy wyłaniającej się z wody powabnej Syreny. Groteskowość przedstawionej sceny wynika z wyeksponowania kontrastu zachowań bohaterów opowiadania. W grymasie morderczego bólu zniekształconym twarzom, zmagających się mitycznych stworów, Nikonorov przeciwstawia mało zainteresowaną tym, co się dzieje wokół niej, delikatną postać nimfy wodne. Symbolicznym, błogosławiącym gestem rozwartych rąk wyraża (jak gdyby) niepokój, nie tyle o to, który z nich zwycięży, bo wydaje się, że jest jej to obojętne, co raczej o to, aby w finale tego krwawego starcia „coś” dla niej zostało”.

 

O sztuce Romana Opałki (fragmenty)

„W czasie poświęconym na poobiednią kawę, posługując się jako pretekstem do nawiązania rozmowy suprematyczną kompozycją „Białe na białym” (biały kwadrat na białym tle) Kazimierza Malewicza, odważyłem się zapytać Jubilata, jak zmienią się jego „liczone obrazy” w sytuacji, gdy biel cyfr spotka się i utonie w bieli płótna, czyli gdy rozjaśnianie tła osiągnie punkt krańcowy, który artysta nazywał „bielą zupełną”. Roman Opałko, z wrodzoną sobie skromnością, wyraził wątpliwość, czy wtedy jeszcze będzie żył. Nie wykluczał jednak, że jeśli do tego dojdzie, odwróci bieg wydarzeń. Cofając niejako czas, dążyć będzie od bieli do czerni, która była tłem pierwszego obrazu cyklu („Opałka 1965/1-znak nieskończoności”). Jeśli do tego dojdzie, pomyślałem wtedy (o tym, co teraz wyznaję), cały artystyczny zapis życia Opałki, liczony milionową ilością jego Detali, stanie się modelem obrazującym teorię Wielkiego Wybuchu, po którym gdy, „nasz Wszechświat przestanie się rozszerzać, a zacznie się kurczyć, czas będzie płynął „do tyłu”.

„Wiara Romana Opałki w znaczenie twórczego geniuszu własnej sztuki oraz obawa przed jej plagiatowaniem, pobudzała wyobraźnię malarza do stworzenia takiej bariery, zabezpieczającej efekty własnej pracy przed kradzieżą, której nikt nie będzie w stanie przełamać. Opałka, w myśl Horacego, „odważył się być mądry”. Nie udało mu się z „Chronomami”, z „Fonemami” ani z „Alfabetem greckim”, których sama forma nie gwarantowała ich ochrony. Za to jego największe Dzieło – „Detale”, zaopatrzone w niespotykany dotąd zamysł, pozostały po dziś dzień nie do podrobienia. Wzorowali się na jego sztuce różni wybitni twórcy ale podobnie jak to uczynił np.  Deganit Berest, podpisując swój obraz „M4 after Roman Opalka” (Muzeum Sztuki w Tel Awiwie), umieszczali nazwisko Opałki jako inspiratora swoich prac”.

                                                                                                                                                                                                           malarstwie Młodych Dzikich (fragment)

„Męczę się w odszyfrowywaniu niedbale, by nie rzec niechlujnie, zamotanych na płótnie „Młodego Dzikiego” kształtów, w nadziei odszukania w nim jakiegoś porządku. Być może moja ironia jest lichej próby i bierze się stąd, że za dużo naoglądałem się tzw, dzieł „klasycznych”, czyli inspirujących do odczytywania zawartego w nich przekazu. Sarkazm może wynikać również z zaskoczenia, spowodowanego poczuciem nierzeczywistości wszystkiego co działo się ze mną w tym momencie. Czuję się jak małpiszon, któremu dano pilota kanałów telewizyjnych, bez możliwości ich zmiany. Może jednak coś w tym malarstwie jest, pomyślałem? Czasami intuicyjnie czuję tu i tam oznaki jakiegoś ładu. Wysiłkiem woli wyławiam fragmenty „wysp uporządkowania”. Kiedy znikają, te które układały się przed chwilą w zrozumiały korowód form, i gdy już ich nie widzę (a przecież można odszukać takie nawet w płótnach Pollocka) tłumaczę sobie, że to tylko fatamorgana. Dochodzę w końcu do wniosku, że być może w tym malarstwie nie chodzi o szyfr, ale o coś więcej. Podobno nie ważne jest czy dobrze malujesz ale to co czujesz podczas tego malowania. Biorąc sobie do serca to nieweryfikowalne dla mnie przypuszczenie rezygnuję z konfabulacji i uspokajam się, tłumacząc sobie, że każdy człowiek ma własny kod, którego, nie musi mi być dane rozszyfrować i zrozumieć. Franciszek Liszt o wszystkim co innowacyjne w muzyce mawiał, że podobnie jak nowe wino wymaga nowych butelek. W końcu nawet Biblia, biorąc pod uwagę ten czynnik ludzkiej ułomności, doczekała się wydania w języku młodzieżowej subkultury”.

 

O Sztuce Socrealizmu (fragmenty)

„Czy w Polsce twórcy socrealizmu byli wyznawcami, na jakich było stać tamte czasy? Czy w ogóle byli entuzjastami narzuconych reguł obrazowania socjalistycznej prawomyślności? Aby podjąć się odpowiedzi na tak postawione pytania, chcąc zachować chociażby pozory uczciwości, muszę odwołać się do postaw własnych i kolegów z okresu lat moich pierwszych studiów (1972-77), w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych w Łodzi. Wyznam, że z zapałem, przecież nie jako zwolennicy systemu, wykonywaliśmy zlecane nam przez Studencką Spółdzielnię Pracy „Puchatek”, wszelkiego rodzaju propagandowe fuchy. Z okazji świąt państwowych, przypadających na rocznice: 1 Maja, Rewolucji Październikowej czy Wyborów albo tzw. Święta Odrodzenia Polski, obchodzone wówczas 22 lipca, malowaliśmy: gołębie pokoju, godła państwowe, portrety Lenina i przodowników pracy, uśmiechnięte dziewczyny z naręczami kwiatów, gigantyczne majowe jedynki i lipcowe dwójki”.

„Z powodu wykonywanych zleceń nie doświadczaliśmy wstydu ani wyrzutów sumienia. Do dziś ich nie odczuwam. Dlaczego? Czy dlatego, że to co robiliśmy trudno byłoby uznać za sztukę albo pracę, w której polityczną skuteczność ktokolwiek by mógł uwierzyć? Robiliśmy to przede wszystkim dla nobilitującego kontaktu z życzliwymi nauczycielami, pozwalającymi nam przy okazji zarabiać. Bez poczucia krzywdzenia kogokolwiek. Raz tylko uznano nas za sabotażystów gdy farbę naszego wiecowego gołąbka pokoju zmył deszcz. Skończyła się nam olejna i w nadziei, że nie będzie padać, machnęliśmy ptaka plakatówką. Dzięki naszemu rektorowi rozeszło się po kościach i milicja nie wyciągnęła wobec nas żadnych konsekwencji. Ale jak mawiał Jean-Jacques Rousseau „Człowiek rodzi się wolny, a ciągle tkwi w kajdanach”. Mieliśmy również i takich wykładowców, chociaż były to wyjątki, jak pan od plakatu, który w prowadzonej pracowni lubił eksploatować slogany propagujące ustrój. Za plakat do hasła „Socjalizmotrzymałem ocenę niedostateczną, ponieważ moja subtelna tęcza, jak się dowiedziałem, jako nietrwałe i przemijające zjawisko przyrodnicze, nie mogła obrazować wiecznie żywego mocarnego socjalizmu. Starszy kolega poradził sobie z tym tematem lepiej. Na jaskrawo czerwonym tle zaprojektował ogromną wykręconą stalową szynę, za którą otrzymał piątkę. Panu od plakatu, który gdzieś na partyjnych wyżynach pochwalił się „swoimi osiągnięciami” w propagowaniu klasowego ustroju, wstrzymano na pewien czas możliwość obrony pracy habilitacyjnej. Odkryto, że stalowa prowadnica, zaprojektowana przez naszego kolegę, przedstawia figurę niemożliwą w swej najczystszej postaci, skonstruowaną na wzór Trójkąta Penrose’a”.

„Artyści ci mieli świadomość siły oddziaływania aluzji. Była ona  wyrazistsza niżli wierność krzyczącej fabuły, która jak wyrzut sumienia zaburzała artystyczne doznania w odbiorze „mieszaniny rzeczy”, demonstrującej niejednokrotnie niewyobrażalne piękno fantastycznej rzeczywistości, współgrającej ze światem wyobraźni. W ich wykonaniu i w realiach tamtych czasów, to była sztuka skrywania „sztuki”  i (w miarę możliwości) emitowania tego co wpisywało się w pojęcie kultury jako wspólnoty wartości, a nie tej służącej autokreacji władzy. Gdyby porównać sztukę wizualnego obrazowania do tej definiowanej dźwiękiem „muzyka (jak mówił bohater filmu Bradleya Coopera „Narodziny gwiazdy”) to w zasadzie 12 nut w oktawie. 12 nut i kolejna oktawa. Ta sama historia opowiadana w kółko. Wiecznie, a artysta może tylko pokazywać światu jak widzi tych 12 nut. Nic więcej. ” Ekscytuje mnie to jak widzieli, w czasach panującego socrealizmu, „tych 12 nut” ci obdarzeni odwagą i talentem. Ten sam bohater filmu Coopera uważał, że talentów jest na pęczki ale coś do powiedzenia mają tylko ci którzy mówią w taki sposób, że chce ich się słuchać”.

 

 

3.Fragment z Listu do Czytelników

Przyjaciele, którym starczy cierpliwości i ochoty…

Książka ta, pisana latami, złożona z kilkudziesięciu esejów , mocno zakorzenionych w świecie pogranicza sztuki i literatury, dotyka problematyki związanej ze społecznym odbiorem dzieła plastycznego. To książka, której tematykę można odczytywać jako szereg prób, interpretacji dominujących w  kulturze współczesnej zjawisk i  nurtów – stanowi sekwencję dość subiektywnych, naznaczonych piętnem osobistego wyznania, niemal autobiograficznych narracji. Subiektywizm ten wynika z  zawodu i  pasji krytyka sztuki, który podejmując wędrówkę po galeriach i pracowniach, spotykając się z  artystami, słuchając ich wypowiedzi i  studiując uważnie programy, deklaracje, zapiski w katalogach – kieruje się najczęściej intuicją i emocją. Poznajemy bowiem obraz, rysunek, rzeźbę, grafikę w nagłym błysku świadomości, w jakimś momencie, chwili, stając „twarzą w twarz” wobec dzieła artysty i czynimy to, by (jak pragnął znakomity krytyk literatury – Jan Błoński) zobaczyć dzieło „jasno, w zachwyceniu”. Bez emocji nie ma bowiem odbioru sztuki. Bez intuicji – nie ma jej rzeczywistego poznania. By powstał tekst, między dziełem i odbiorcą (krytykiem) musi wydarzyć się coś niezwykłego, coś co sprawia, że doświadczamy magii obecności artysty, jego myśli i uczuć, jego obaw i nadziei, jego wiary w sens i efekt samego aktu, procesu tworzenia.

Zatem książka ta, wyznaczona rytmem życia jej autorów, istotą ich literackich, artystycznych i filozoficznych zainteresowań, może przywodzić na myśl proste skojarzenia z  procesem budowania, wznoszenia gmachu, którego fundamentem okazuje się to, co nieuchwytne, momentalne, ulotne. Jeżeli jednak źródłem inspiracji jest emocja – to konstrukcja architektoniczna, która w jej wyniku powstaje, posiada już zdecydowanie odmienny charakter. Tę odmienność określa tytuł i podtytuł całości – oba odnoszące się do struktury architektonicznej budynku i sugerujące dyscyplinę, logikę rozważań: „Homeroscopium sztuki – właściwe dać rzeczy słowo (krytyka artystyczna nie tylko dla studentów).

Słowo – klucz zawarte w tytule stanowi nawiązanie do nazwy niekonwencjonalnego domu jednorodzinnego „Homeroscopium House”, autorstwa Antona Garcia-Abril z Ensemble Studio, zbudowanego w miejscowości Rozas w pobliżu Madrytu.

Proponowana przez nas publikacja, pomyślana nie tylko jako podręcznik dla młodzieży szkół średnich i pierwszych lat studiów artystycznych, stanowi w istocie uporządkowany i przemyślany zbiór esejów, poświęconych najważniejszym zjawiskom, występującym w plastyce polskiej końca XX i  początków XXI stulecia. Kryteria doboru tematów wydają się być oczywiste: autorzy biorą pod uwagę tylko te dzieła i  niekonwencjonalne realizacje (w  tym także art-objects z  tak zwanego „pogranicza” jak: ambalaże, collage, happening, performance, mural), które odwołują się do wartości humanistycznych, tradycji narodowych oraz charakteryzują się dbałością o walory warsztatowe, doskonałością, mistrzostwem formy. Istotna jest tu także zmiana, ewolucja spojrzenia na sztukę, której jesteśmy świadkami, owo przejście od warsztatu badacza literatury (znawcy hermeneutyki i  semiotyki), warsztatu wykorzystywanego najczęściej w sferze krytyki artystycznej do rozważań na miarę „zwykłego” odbiorcy, bywalca galerii, wyposażonego co prawda w pewien aparat pojęciowy, badawczy, ale nieradzącego sobie samodzielnie z odczytaniem dzieła. Innymi słowy – celem proponowanej przez nas publikacji jest pokazanie prac konkretnego grona artystów, reprezentantów różnych kierunków i  stylów oraz podjęcie prób interpretacji tych prac, przedstawionych w szerszej perspektywie, kontekście kulturowym. Zastrzec tu jednak wypada, że prawdziwe dzieło „broni się” samo, tym bardziej, że w odbiorze sztuki istotna jest emocja, wrażliwość, a nade wszystko wiedza o człowieku, jego tęsknotach i potrzebach mentalnych, duchowych. Dzieło sztuki jest bowiem zaczynem dyskursu, rozmowy i samo w sobie inicjuje „akt komunikacji” artysty z odbiorcą.

Proponowana publikacja powinna (koncentrując się na walorach literackich wypowiedzi, na pięknie języka, sile i  sugestywności eseistycznej narracji) nie tylko uczyć uważnego spojrzenia na sztukę, krytycznego, samodzielnego myślenia, ale także zaproponować czytelnikom całą gamę narzędzi badawczych, począwszy od omówienia, opisu, analizy, a na reportażu z wystawy, czy zdarzeniu z pogranicza sztuk – skończywszy.

Kompozycja, struktura lub może raczej „architektura”, tej książki wiąże się i wynika logicznie z przyjętego w tytule, metaforycznego terminu „Homeroscopium”, a jej autorzy mogą śmiało powiedzieć, że czują się jak budowniczowie nowoczesnego obiektu z betonu i szkła, surowego, chropawego i dopracowanego zarazem. To obiekt, budynek mieszkalny w którym… zamieszkają marzenia. Marzenia artystów o Sztuce uniwersalnej i wielkiej, traktującej art-object jako jedyny sposób na zawarcie przymierza z odbiorcą, na nawiązanie rozmowy, podjęcie rozpoczętego przed wiekami dialogu. Marzenia krytyków, których (pozornie nieistotna, ale rzetelna, niekiedy „mrówcza”) praca powinna przyczynić się do rozbudzenia zainteresowania dziełem sztuki i biografią lub – zapisaną w obrazie, grafice, rysunku, czy rzeźbie – autobiografią artysty. To wreszcie budynek mieszkalny, w którym odnajdą swe miejsce wszelkie niespełnienia i dążenia człowieka, wszelkie nadzieje, zawahania i  obawy człowieka współczesnego, dla którego akt twórczy bywa jedyną chwilą refleksji, być może także jedyną okazją kontaktu z Duchem Wszechświata, Absolutem.

Budujemy przeto nasze „Homeroscopium” i czynimy to pełni niepokoju o ostateczny, architektoniczny i estetyczny, a tym samym moralny – efekt. Odwołując się do słynnej Platońskiej „TRIADY” (Prawda, Piękno i Dobro), pragniemy by w naszym „Homeroscopium” znaleźli przestrzeń dla siebie ci wszyscy, którym obce są „modele konsumpcji” i materialne dążenia człowieka, zanurzonego w owej „kulturze nadmiaru”, kolorowego chaosu i zgiełku, człowieka który być może nie wie jeszcze i nie czuje, że spojrzenie w głąb siebie, czy wrażliwa kontemplacja Natury, chwila ciszy – znaczą nieporównywalnie więcej niż wypełnione perfekcyjnie opakowanymi towarami aleje półek w pobliskim hipermarkecie. Budujemy „Homeroscopium” dla ludzi wrażliwych i mądrych, którzy poszukują kontaktu z drugim człowiekiem przez Sztukę i w imię Sztuki.

 Z wyrazami sympatii i szacunku dla jej przyszłych czytelników
 – autorzy i współtwórcy tej książki

 

 

4. Uwagi końcowe

Autorzy pragną, zamykając jakąś logiczną klamrą cykl swych esejów o sztuce – podkreślić, że drogi wiodące ich do napisania tej książki były odmienne. Teksty Małgorzaty Dorny (Wendrychowskiej), publikowane już wcześniej, powstawały na zamówienie konkretnych redakcji i galerii. Teksty Jacka Ojrzanowskiego zostały napisane specjalnie, z myślą o tej właśnie publikacji książkowej i  zostały zadedykowane specyficznej, wymagającej i nader krytycznej grupie adresatów: studentom kierunków artystycznych szkół wyższych i uczniom ostatnich klas liceów ogólnokształcących.

Autorzy są jednak zgodni, że łączy ich sposób spojrzenia na sztukę, potrzeba poszukiwania nowych, nieprzetartych jeszcze dróg (lub może ścieżek) interpretacji, obszarów obejmujących zagadnienia tak zwanego „pogranicza”, pogranicza: literatury, estetyki, filozofii i etyki. Nieobca jest im także wiedza z zakresu współczesnej socjologii i antropologii sztuki, a więc wiedza o kondycji współczesnego człowieka. Ich stosunek do tak szeroko, szkicowo nakreślonego tematu, do problematyki w istocie bez granic i bez ram – można by przedstawić metaforycznie jako rodzaj spojrzenia „w głąb”. Pragnąc unaocznić, zobrazować ten sposób myślenia i rodzaj wrażliwości, dominujący w ich tekstach – autorzy proponują odwołać się do stylistyki jednego z ostatnich filmów Akiro Kurosawy „Dreams”.

Oto uporządkowana sekwencja scen, układających się w autobiograficzną opowieść, zamykającą mocnym akcentem dorobek żegnającego się ze światem reżysera, opowieść zatytułowana zwyczajnie: „Sny”. Oto sale muzeum lub współczesnej galerii i młody Japończyk, który staje (jak urzeczony) przed rzędem niewielkich, malowanych pastelami kompozycji. Bohater filmu – malarz o aparycji naiwnego, wrażliwego, zamyślonego, „romantycznego” chłopca, wchodzi (metaforycznie i dosłownie) w nasyconą słońcem, charakterystycznie złocistą, przyjazną – przestrzeń, jednego z  bardziej znanych pejzaży autorstwa Van Gogha. Młodzieńca otaczają nagle falujące pola, wiejskie praczki pod rozbuchanym kolorystycznie kamiennym mostkiem, podczas gdy stada rysowanych graficznie, szkicowo wron – zrywają się do lotu ponad płaszczyzną przejrzałego zboża. Bohater spotyka, stojącego niemal tyłem do widzów – Vincenta, który przy rozstawionych sztalugach, w żółtej kurzawie rżyska, z paletą w jednej i pędzlem w drugiej dłoni (z owymi nieodłącznymi i bardzo teatralnymi atrybutami artysty) – trwa zamyślony, zapatrzony w przestrzeń, by rzucić od niechcenia kilka, pozornie nieistotnych uwag na temat dymiącej, buchającej snopami iskier, zda się pędzącej wprost na nich, pokazanej w kilku mocnych, wyrazistych kadrach – lokomotywy.

Krytyka nie szczędziła filmowi „Dreams” ironicznych, złośliwych komentarzy. Reżyserowi zarzucano zamiłowanie do zbyt prostego obrazowania, do łatwych i oczywistych skojarzeń, ale wydaje się, że publiczność wiedziała już wówczas „swoje”. Film do dzisiaj, mimo, że wszedł na ekrany w początkach lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku – stanowi inspirację nie tylko dla teoretyków i historyków sztuki, ale także dla tych wszystkich, dla których sam fakt obecności dzieła – staje się okazją do nawiązania rozmowy, pretekstem do zawarcia specyficznego porozumienia, dialogu między odbiorcą i artystą. Istotą i zaczynem owego osobistego, niekiedy intymnego kontaktu, który na gruncie teorii literatury zwykło się nazywać mianem „trójkąta autobiograficznego” – okazuje się postawa twórcy .

On to bowiem daje świadectwo „faktom”, co wydawać się może oczywiste w przypadku tak zwanej sztuki „przedstawiającej”, ale nie znaczy (jeżeli nie ulegać uproszczeniom), że faktem jest tylko to, co widać i co wyraziste, utrwalone w strukturze konkretnej pracy.

Dla malarza impresjonisty „faktem” może okazać się światło, dla ekspresjonisty – zapis gestu i  ruchu, dla surrealisty jakaś niejednoznaczna, oniryczna przestrzeń. Każdy z  nich, zapisując na płótnie fragment swej własnej artystycznej biografii, swej drogi, swych poszukiwań, przemyśleń – kreuje pojęcie „faktu” w sobie tylko właściwy, rozpoznawalny sposób.

On to także, ów (skonkretyzowany z racji przyjętej stylistyki, konwencji i artystycznej wizji, przesłania) autor – dokonuje w każdej ze swych prac, zawsze bardzo osobistego wyznania, wprowadzając odbiorcę w świat własnych doświadczeń, proponując określoną paletę barw, czy operując precyzyjnie dobraną gamą środków ekspresji, charakterystycznym znakiem graficznym, metaforą, symbolem. On to wreszcie – rzuca wyzwanie odbiorcy, temu do kogo skierowane jest dzieło, kto powinien wejść w przestrzeń artysty (podobnie jak uczynił to bohater filmowej noweli Akiro Kurosawy) i kogo obecność została przewidziana i w pewnym sensie „zakodowana”, ukryta w obrazie.

Inny bowiem krąg adresatów swych prac wyznaczy zawołany buntownik, awangardzista, oczekujący protestu lub oburzenia publiczności, inny – malarz traktujący swe dzieło na prawach estetycznego przedmiotu, a jeszcze inny – artysta, który zdecyduje się na pokazanie rozpisanego na szereg dopełniających się scen kart z pamiętnika lub notatnika, czy diariusza. Zaprosiliśmy zatem Państwa na spacer po naszym „Homeroscopium” – galerii wyobrażonej, wyśnionej, nie mającej konkretnego adresu, do miejsca nieobecnego w przestrzeni urbanistycznej, realnego, położonego gdzieś na bezdrożach, na krańcach Europy – miasta. Zaprosiliśmy na rodzaj sentymentalnej, niespiesznej wędrówki, której trasa (zazwyczaj ledwie naszkicowana, nakreślona na domniemanej mapie, tworzonej w wyobraźni) poprowadziła nas od jednej wystawy do drugiej, szlakiem utrwalonych w pamięci obrazów, rysunków i  grafik, niekiedy portretów artystów.

 

Zaprosiliśmy na wystawę, której scenariusz układał się w rodzaj bardzo osobistych, pamiętnikarskich, niepozbawionych nostalgii – narracji, w której pewną (acz nie najważniejszą) rolę odgrywały estetyczne upodobania i wybory, a nade wszystko sympatie tych, którzy zdecydowali się (pełni niepokoju o  ostateczny efekt) podzielić swymi myślami o sztuce i jej twórcach, badaczach, eksperymentatorach, performerach, artystach.

Zamiar podjęcia takiej wędrówki wydawał nam się tym bardziej naturalny, że współczesny człowiek okazuje się bardzo przywiązany do narracji lub może raczej – do snucia niekończących się opowieści. Lubi historie rozbudowane, wielowątkowe, polifoniczne i owym zamiłowaniem do imitowania realnego świata w  literaturze i  sztuce – można usprawiedliwić (nie tak odległe w czasie) zamiłowanie do czytania prozy w stylu „le roman fleuve”, powieści „rzeki” lub (znacznie bliższe nam wszystkim) przywiązanie do śledzenia losów bohaterów telewizyjnych popularnych seriali i nowel.

Opowiadanie zasłyszanych lub zapamiętanych, niekiedy przeżywanych osobiście, historii staje się także swoistym antidotum, remedium na pośpiech i bałagan naszych, jakże niepewnych – czasów. W świecie realnym wypowiadamy się bowiem w  sposób chaotyczny, nieciągły, bez dbałości o spójność i wewnętrzną logikę przekazu, bez poczucia odpowiedzialności za słowo i za podejmowane tematy i wątki. Jeszcze jednak niedawno, „zanurzony w kulturze” epok minionych – a szczególnie w postromantycznej prozie oraz w tekstach powieściowych pierwszej połowy dwudziestego wieku, kiedy to stało się modne, naturalne i  umotywowane psychologicznie snucie niekończących się, tworzących cykle, sekwencje uporządkowanych, płynnie przenikających się, naznaczonych potrzebą wyznania, autobiograficznych, zapisów doznań i zdarzeń, opowieści – człowiek czuł się bezpiecznym, spokojnym i szczęśliwym obywatelem (pojmowanego w sposób holistyczny) świata.

Wydaje się zatem, że narracja, traktowana jako opowiadanie o tym, co minione, owo spokojne „snucie opowieści” – pozwalała czytelnikowi (podążającego tropem myśli opowiadającego, narratora lub niekiedy także autora) na porządkowanie i oswajanie artystycznej, wykreowanej, jakiejś meta -realności. Jednakże podczas gdy w przypadku tekstu literackiego liczą się głównie subiektywne, intencjonalne narracje, prowadzone z  rozmysłem, tworzące pewien logiczny, przemyślany do ostatka, konstrukt – w przypadku wspomnień, takich jak zapis „podróży sentymentalnej” po pracowniach i salonach sztuki – liczy się zarówno osobowość narratora – „wędrowca”, jak i  inspiracja dostarczana za sprawą zgromadzenia w  jednym miejscu i czasie konkretnych dzieł, tworzących we wspomnieniach zwiedzającego określoną sekwencję obrazów, kompozycji, wreszcie – estetycznych i filozoficznych „zdarzeń.”

Pragnęlibyśmy, by ta książka, owo „Homeroscopium sztuki” stała się dla Państwa zarówno inspiracją, jak i  swoistym remedium. Inspiracją do snucia własnych, osobistych nacji, do podjęcia samodzielnych poszukiwań. Remedium na samotność współczesnego człowieka, zagubionego w świecie techniki i technologii, poszukującego na próżno drogi ku własnej, osobistej Arkadii.

Autorzy:  Dorna (Wendrychowska) i J. Ojrzanowski

 

 

5. Spis treści 

 

Z listu do czytelników

Biogramy

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Alfreda Aszkiełowicza światy równoległe

 

 Jacek Ojrzanowski

Stanisław Baj. Namiętność

 

Jacek Ojrzanowski

Anna Bochenek. Bliskie spotkania trzeciego stopnia

 

Jacek Ojrzanowski

Katarzyna Gauer. Menhiry zawsze rzucają cienie

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Krzysztof Gliszczyński. Zmagania artysty z materią, czasem i autoportretem ukrytym

 

Jacek Ojrzanowski

Władysław Jackiewicz. Wenus. Mistycyzm  nagości

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Mistyczny stan jedności z Naturą… w „postludzkim”, ponowoczesnym świecie. Refleksje na marginesie fotogramów Zofii Kawalec–Łuszczewskiej

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Anna Lejba. Znak, archetyp, litera, materia. Filozoficzne rozważania Anny Lejby

 

Jacek Ojrzanowski

Andrzej Łobodziński. Harmonia wyobraźni

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

„Mieć oczy psa… oczekiwań radosnych pełne… Chciałabym”. (Malarskie palimpsesty Ewy Podolak)

 

Jacek Ojrzanowski

Eduard Nikonorov. „Błazny, szaleńcy, głupcy”

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Tadeusza Ogrodnika autoportret w rysunkach ukryty

 

Jacek Ojrzanowski

Roman Opałka. Na osi czasu

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

W laboratorium sztuki Janusza Ploty – sceny z życia artysty „osobnego”

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Malarskie ślady Krzysztofa Polkowskiego

 

Jacek Ojrzanowski

Stanisław Sacha Stawiarski. Chwała na wysokości słońcu

 

Jacek Ojrzanowski

Aleksandra Simińska. „Nemezis”

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Andrzeja Sobolewskiego światy osobne

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Przeobrażenia materii w kompozycjach malarskich Andrzeja Tomaszewskiego

 

Jacek Ojrzanowski

Partibus infidelium czyli „prowincja zamieszkała przez niewiernych”.

Ewaluacja materii socrealizmu

 

Jacek Ojrzanowski

Młodzi Dzicy. Reaktywacja modelowania procesu twórczego

 

Małgorzata Dorna (Wendrychowska)

Pracownia interpretacji otwartych – w poszukiwaniu partnerów dyskursu…

 

Uwagi końcowe

Podziękowanie

 

Weronika Pytlarz – tomik poetycki „Czyja wina”

W zderzeniach słów – tyle zaskakujących odkryć, czyli o poezji Weroniki Pytlarz  

 

Własnie dotarł do czytelników znakomity tom poetycki Weroniki Pytlarz  „Czyja wina”. To debiut książkowy tej poetki – błyskotliwy, z pewnością zaistnieje w Poezji. Wzbogacają go piękne, jakże trafnie korespondujące z wierszami –  ilustracje Anny Szczepanik.

 

„To dobra, mądra i piękna poezja, która nie pozostawi nikogo obojętnym – pisze na okładce tomiku Zuzanna Przeworska. –  To poezja o dojrzewaniu do słowa, do świata, do swojego miejsca w tym świecie. W świecie pełnym sprzeczności, absurdów i paradoksów, wręcz kryzysu wartości – jak ujawnia to poetka w swych metaforycznych obrazach – człowiek wrażliwy, pełen empatii, czuje się zagubiony, samotny. „I byliśmy tacy ludzcy/ze mieli nas za głupców/… Mieli nas za głupców,/a my tylko zapatrzyliśmy się w gwiazdy”. To mocna, często wręcz porażająca poezja, obnaża siłę i słabości człowieka, jego lęki, pragnienia, także przegrane, tęsknoty i samotność, nawet tę we dwoje. „Będziemy mówić,/żeby świat przestał być głuchy/ na człowieka”, „My w tych domach/ całkiem nie do siebie”. Człowiek w poezji Weroniki Pytlarz, to „człowiek –filozof. / Odkrywca atomu./ Po co to wszystko/ skoro niewiele więcej szczęśliwy”; ale też ktoś kto odkrywa siebie w świecie, cieszy się chwilą, bierze z życia to, co najlepsze. Nikogo nie oskarża, co najwyżej stawia ważne pytania: Czyja wina? Pytania jak najbardziej zasadne, bowiem „Betonowe ulice/my w samotnościach/ nawet świat/ wolałby na inną orbitę”.

Tomik „Czyja wina? Weroniki Pytlarz to także znakomita liryka, pełna namiętności: „Rozebrałem cię ze wstydów/ i taką nagą/ zostawiłem światu / i taką z lęku/ posłałem na kolana:”. Liryka zmysłowa, wyzwolona, pomiędzy sacrum i profanum, ale też pełna niedopowiedzeń, z oddechem dla czytelnika.

Tomik „Czyja wina” Weroniki Pytlarz składa się z sześciu pasjonujących tematów – rozdziałów: Światu, Nagości, Ludiom, Piętrzenia, Szeptania, Niedosyty – zawiera  50 cudownych liryczno-refleksyjnych wierszy.

Zapraszam w podróż do błyskotliwego świata wierszy Weroniki Pytlarz. W zderzeniach słów tyle tam niespodzianek…

 

We wstępie tomiku Weronika Pytlarz pięknie, oryginalnie – tak oto rozmawia  z czytelnikiem (miejscami to proza poetycka!):  

Początki od zawsze były dla mnie najtrudniejsze. Na postawienie pierwszego kroku czekałam cały rok. Na rower wsiadłam po jakichś sześciu latach życia, a słowa zainteresowały mnie jeszcze trochę później. Słowa wkradły się do mojego życia z wielką mocą w postaci bajek na dobranoc, w postaci opowieści, które do snu opowiadał mi tata, w postaci rozmów, które codziennie przeprowadzałam z mamą.

Słowa stanowią większość mojego życia i jeszcze większą większość samego jego sensu. Chciałabym czytelniku, żeby Cię te słowa dotykały lub odchodziły daleko ze świadomością odejścia. Słowa mają to do siebie, że niosą za sobą wielkie zamiary, chcą czegoś lub chcą coś dawać, ale pragnę, żebyś słowa, z którymi zaraz się zetkniesz, potraktował bez żadnego zobowiązania. Żebyś czerpał przyjemność z samego słowa, z jego przeczytania i zrozumienia. Chciałabym drogi czytelniku, żebyś potraktował słowa ode mnie jako słowa, które nie chcą być potraktowane w żaden określony sposób i stale czekają na nowe odkrycia.

Początki od zawsze były dla mnie najtrudniejsze, ale jeszcze trudniejsze końce, bo do dziś nie rozstałam się ze wszystkim co kiedykolwiek zaczęłam licząc na coraz to pełniejsze doznania, na lepszy świat i licząc na ludzi. Na ludzi wszystkich bez wyjątku w swojej wyjątkowości. Dlatego kończąc początek słów, którymi chcę się z Tobą podzielić czytelniku, nie powiem Ci nic, bo wierzę, że sam dostrzeżesz, co chcę Ci powiedzieć.

Weronika Pytlarz

O Autorce 

Weronika Pytlarz, studentka psychologii na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu,  rodem z Piły, to poetka oryginalna, z własną, już rozpoznawalną frazą poetycką, grą słów pełną nowych sensów. Jest laureatką wielu ogólnopolskich i regionalnych konkursów poetyckich, uhonorowana nagrodą Fundacji Literackiej im. Agnieszki Bartol., związana z Klubem Literackim „Pegazik” MDK „ISKRA” w Pile.

Mieszka w Pile.

O książce

Weronika Pytlarz „Czyja wina”

 

Wydawca: Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

Str. 110

Redakcja – Zuzanna Przeworska

 

Zdjęcia:

Ilustracje – Anna Szczepanik

tel. 536 128 507, e-mail: andziasz123@gmail.com

 

Książce patronuje Fundacja Literacka im. Agnieszki Bartol

 

Okładka, opracowanie graficzne:

Oficyna Reklamowo-Edytorska DRACO-ART w Pile – Renata Drozd

(ul. Garczyńskiego 4 c, 64-920 Piła, tel. 501 671 331)

 

Wydanie I , Piła – 2020

 

Druk: Drukarnia „TOTEM”Inowrocław

 

ISBN 978- 83- 60245-97-2

————————————–

Zamówienie

 

1/ Tomik ten można bezpośrednio zamówić – kupić u wydawcy:

możemy wysłać pocztą –
cena za 1 egz. – 22 zł +9 zł koszty przesyłki. Można tę kwotę 31 zł wpłacić
na konto wydawnictwa – proszę podać dokładny adres:
Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska
64-920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

Bank Pocztowy Oddział w Pile

Nr 70 1320 1351 2212 3516 2000 0001

Książkę wyślemy po wpłacie na konto

tel.668 000 335

 

Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

64–920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

tel./fax /067/ 213 24 92

www.wydawnictwomediazet@wp.pl

e–mail: mediazet@wp.pl

      

——————————-

Na kartach końcowych tomiku „Czyja wina” czytamy ciekawą – budującą opowieść o relacjach Autorki z Najbliższymi – rodzicami, siostrami – też poetkami –  i ze światem w mikro i

makro wymiarze:

Podziękowania

 Dużo łatwiej jest dziękować niż prosić. Mogę śmiało powiedzieć, że nigdy nie musiałam o nic prosić osób, którym jestem wdzięczna. Nie musiałam prosić, bo te osoby zawsze wiedziały czego mi tak naprawdę trzeba.

To dzięki mamie mogę bez lęku opisywać emocje, rozpoznawać ludzkie gesty i przede wszystkim dostrzegać, bo nikt tak nie dostrzegał moich smutków, moich talentów i moich wszelkich pragnień. Nikt nie potrafił pokierować mnie w taką stronę, w której czułabym się dobrze i nikt nie potrafił dodawać mi tyle pewności siebie. To dzięki mamie mogę pisać o wszystkim o czym pragnę, bo nawet jeśli nie przeżywam to nauczyłam się dostrzegać, nauczyłam się wnikać głębiej i domyślać się tego, czego nie widać, a co czuć. Chciałabym podziękować za każdą rozmowę, bo w końcu dzięki rozmowom mogłam od zawsze odkrywać coraz więcej zgadzając się lub nie. Dzięki rozmowom mogłam stale dorastać i rozumieć coraz bardziej świat i ludzi, ale mogłam przede wszystkim kochać, a więc być człowiekiem, choć odrobinę tak pięknym jak z książek.

To dzięki bajkom na dobranoc, które opowiadał mi tata potrafię sobie cokolwiek wyobrażać. Potrafię uwierzyć w magiczny grzebień nie plączący włosów, potrafię odczuwać, bo czekałam z niecierpliwością na szczęście bohaterów, a te bajki zawsze kończyły się szczęśliwie, choć wcale się na to nie zapowiadało. Mogłabym również podziękować za naukę jazdy na rowerze, za pokazanie jak sznurować buty i jak zamieniać poprawnie jednostki na matematyce, ale nie to jest najważniejsze. Najważniejszy jest czas, który zawsze się dla mnie znajdywał, choć powinno go zawsze brakować. Chciałabym podziękować za każdy moment wsparcia, każdy moment dumy i wszystkie rady. Dziękuję za nasze może trochę milczące rozmowy, bo to  ja mówiłam więcej, co się rzadko zdarza, ale dobrze wiedziałam, że zostanę uważnie wysłuchana i dobrze wiedziałam, że więcej nie potrzebuję.

Dużym wsparciem są dla mnie siostry-Wiktoria i Marika, które również wnikają między poezję, więc porozumienie między nami bywa trudne ze względu na różne światy, ale jego nić zawsze, choć może bardzo zasupłana się znajduje. To dzięki siostrom powoli uczyłam się i dalej uczę się miłości, troski i różnych perspektyw. Dzięki nim potrafię zrozumieć dlaczego pluszowemu królikowi należało odciąć wąsy, jak trudno odnaleźć siebie, a jakie to ważne i przede wszystkim po co człowiekowi zrozumienie i rozmowy o sprawach istotnych i tych mniej. Dzięki nim mogłam być nieidealną starszą siostrą, ale mogłam również po raz setny czytać na dobranoc bajkę o Martynce, która spadła z roweru. Chciałabym podziękować moim siostrom za inne perspektywy miłości, a więc za inne perspektywy doznań wypowiadanych słów.

Przyjaciele spędzali ze mną chwile najpiękniejsze i te najgorsze. Słuchali mnie, ale i dawali mi słuchać, a możliwość słuchania zazwyczaj powodowała u mnie nowe wiersze. Jestem im wdzięczna za każdy spacer, każdą imprezę, której nie nazywaliśmy imprezą, każdy uśmiech i wszystkie słowa, których zawsze był ogrom. Dzięki przyjaźniom dojrzałam w znaczeniu dosłownym i dojrzałam człowieka. Człowieka każdego z osobna, absolutnie wyjątkowego i dobrego przede wszystkim. To dzięki przyjaciołom nigdy nie zwątpiłam w siebie na dobre i to dzięki nim chcę stawać się z każdym dniem lepsza. Z przyjaciółmi mogłam strzelać do zombiaków na konsoletach, chodzić po dachach, grać w uno i trafiać na kartę pułapkę, mogłam rozmawiać o rzeczach mniej ważnych i o tym dlaczego Nietzsche był wybitnym filozofem.

Pragnę podziękować Pani Zuzannie Przeworskiej nie tylko za kierowanie w słowie, ale za dostrzeżenie ludzi, otaczającego dobra i siebie. Pani Zuzanna biorąc mnie pod skrzydła własne i skrzydła „Pegazika”  pozwoliła mi w końcu zobaczyć własne ja, jako ważne ja i zbudowała we mnie człowieka silnego we wrażliwość, ale i człowieka zwyczajnie silnego i w końcu lubiącego samego siebie. Dzięki Pani Zuzannie zaczęłam dostrzegać nie tylko innych, ale i siebie, co było tak naprawdę najcenniejsze, bo inaczej nie postawiłabym kroku w przód, a z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ten krok był wręcz milowy i prowadzący do szczęścia, którego bezustannie i bez skutku szukałam wcześniej.

Chcę, żeby podziękowania trafiły również do „Pegazika”. Do wszystkich częstujących mnie zawsze rozmową i herbatą. Chcę podziękować za wszystkie słowa uznania i krytyki, bo jedne i drugie zawsze były bardzo ważne. Chcę podziękować za wszystkie teksty, którymi mogłam cieszyć umysł i metaforyczne serce. Wszyscy tworzący „Pegazika” stali się dla mnie drugą rodziną i drugim domem, z którego nigdy nie chciało się wychodzić i, w którym zawsze ktoś na ciebie czekał.

Dziękuję Paniom polonistkom, które uczyły mnie przez lata edukacji, bo otworzyły we mnie zamiłowanie do słowa pisanego i przede wszystkim pozwoliły na własną, a nie ściśle określoną interpretacje tego słowa, pozwoliły na odkrywanie i szukanie tego, co mnie dotyka, a nie narzucały, co dotykać musi. W szczególności chciałabym podziękować Pani Izabelli Bartol, która obdarzyła mnie ogromnym wsparciem szczególnie w sferze twórczej, ale i nie tylko. Właściwie mogę śmiało powiedzieć, że gdyby nie Pani Bartol, nigdy nie trafiłabym pod skrzydła „Pegazika” i pewnie nigdy nie doświadczyłabym tego, na czego doświadczanie wyczulił mnie świat poezji.

Dziękuję również moim wychowawcom, którzy latami kształtowali mnie i pozwalali zgadzać się i nie zgadzać ze swoimi spostrzeżeniami, co okazało się być później z mojej strony bardzo twórcze. Dziękuję Pani Annie Sulimierskiej, Panu Michałowi Łożyńskiemu, Pani Kindze Bartnickiej i Panu Arturowi Stanilewiczowi. Zawsze mogłam liczyć na wszelką pomoc, a niektóre lekcje przyczyniły się do wierszy tutaj zamieszczonych.

Chcę podziękować wszystkim ludziom, którzy kiedykolwiek byli moją inspiracją i może o tym wiedzą, może nie wiedzą, i może się dowiedzą, a może nie, ale są dla mnie ważni, i gdyby nie oni, nie byłoby żadnego z wierszy.

Weronika Pytlarz 

 

 

 

 

 

 

 

Bogusława Gajowska RM – tomik poetycki „Wyrwy Szczeliny Przestrzenie”

Ku Słowu, czyli o debiutanckim tomiku poetyckim  siostry Bogusławy Gajowskiej 

 

Niedawno ukazał się nakładem Wydawnictwa Media Zet ciekawy tomik poetycki pt. „Wyrwy Szczeliny Przestrzenie”. To książkowy debiut poetycki siostry Bogusławy Gajowskiej.  Jest to poezja oszczędna w słowa, bardzo sugestywna, skłaniająca do głębokiej refleksji. Prowadząca ku Słowu.

Tomik powstał we współpracy z Biblioteką Publiczną i  Centrum Kultury im. Kazimiery Iłłakowiczówny w Trzciance jako kolejna- trzecia –  publikacja w ramach Trzcianeckiej Biblioteki Debiutów (tę serię wydawniczą zainicjował wydany w 2016 roku tom wierszy Jana Ubowskiego „Wiersze wybrane”, następnie – w 2018 roku – tom wierszy Mateusza Kowalskiego „Podróżuję każdym słowem”).

                

O poezji s. Bogusławy Gajowskiej tak pisze  Łukasz Mścisławski OP:

„Słowo, które towarzyszy – zarówno zewnętrznym wydarzeniom, jak i najbardziej delikatnym i ukrytym, wewnętrznym doświadczeniom. Słowo, które jest wrażliwym, bliskim, czułym i cierpliwym świadkiem, które jest też niezawodnym towarzyszem, wspierającym i przekazującym to, co trudno oddać w suchej narracji. Świadectwo zewnętrznych zdarzeń, pełnych nieoczywistych znaczeń i wyznanie swej kruchości, niekiedy bezradności, ale też – życiowej głębi.

Tym  wszystkim, ale też czymś znacznie więcej, jest poezja Siostry Bogusławy.

Tomik, który Czytelnik weźmie do ręki, wprowadzi go w głębię rzeczywistości, prostej, a jednocześnie bardzo bogatej, której Autorka sama doświadcza i tym doświadczeniem się dzieli, przekazując je z głęboką, kobiecą wrażliwością, ubierając je w słowa, które prowadzą ku Słowu”.

——————————————————————

O książce:

Bogusława Gajowska RM „Wyrwy Szczeliny Przestrzenie” 

Wydawca: Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

Str. 64

Redakcja – Zuzanna Przeworska

Patronat nad tomikiem:  Włodzimierz Ignasiński – dyrektor Biblioteki Publicznej i Centrum Kultury w Trzciance

Projekt okładki – Joanna Szydłowska

Opracowanie graficzne:

Oficyna Reklamowo-Edytorska DRACO-ART w Pile – Renata Drozd

Wydanie I , Piła – Trzcianka 2019

Wydano dzięki:

Biblioteka Publiczna i Centrum Kultury im. Kazimiery Iłłakowiczówny

ul. Sikorskiego 22, 64–980 Trzcianka

tel. 67/216–33–59

e–mail: biblioteka@trzcianka.com

Trzcianecka Biblioteka Debiutów nr 3/2019

Druk: Drukarnia „TOTEM”Inowrocław

ISBN 978- 83- 60245-92-7

 

————————————–

Zamówienie

 

1/ Tomik ten można zamówić u wydawcy:  możemy wysłać pocztą –
cena za 1 egz. – 18 zł +9 zł koszty przesyłki. Można tę kwotę 27 zł wpłacić
na konto wydawnictwa – proszę podać dokładny adres:
Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska
64-920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

Bank Pocztowy Oddział w Pile

 

Nr 70 1320 1351 2212 3516 2000 0001

Książkę wyślemy po wpłacie na konto

tel. 668 000 335

64–920 Piła, ul. Salezjańska 11/8, tel./fax /067/ 213 24 92

www.wydawnictwomediazet@wp.pl

e–mail: mediazet@wp.pl

 

2/ Tomik ten można zamówić też w bibliotece w Trzciance:

Biblioteka Publiczna i Centrum Kultury im. Kazimiery Iłłakowiczówny

ul. Sikorskiego 22, 64–980 Trzcianka

tel. 67/216–33–59

e–mail: biblioteka@trzcianka.com

 

 

 

O Autorce:

Bogusława Gajowska RM  

Bogusława Gajowska RM– ur. 1976 r. w Trzciance. Absolwentka miejscowego Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Staszica. Ukończyła filologię polską na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Naukę kontynuowała na Papieskim Wydziale Teologicznym we Wrocławiu, kończąc Podyplomowe Studia Teologii oraz Podyplomowe Studia Biblijne. Swe zainteresowanie Słowem kieruje w stronę Biblii, ale również i twórczości C. K. Norwida. Publikowała swe artykuły na stronie Wrocławskiego Dzieła Biblijnego oraz w czasopiśmie teologiczno – historycznym Perspectiva.
W 2000 roku wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi,
w którym w 2009 r. złożyła śluby wieczyste. Na co dzień pracuje jako katechetka.

————————————————————–

Elżbieta Wasyłyk 

                 „wyrywam/ciało/do drogi”,  czyli o poezji s. Bogusławy Gajowskiej

 

Korzystając z najbardziej intymnych zasobów kultury symbolicznej, poeta kreuje komunikat, którego zawartość ukazuje jego sposób kontaktu  z rzeczywistością, przeżywania siebie i  myślenia. Nazywa to, co zostało nazwane i  to, co jeszcze nie odnalazło się w poetyckiej metaforze.  Kiedy zaczyna rozumieć siebie i związki z innymi, a szczególnie swoją relację z Bogiem, może – jak w wydarzeniu liryki s. Bogusławy Gajowskiej napisać, że:  przewracasz s-trony/poszerzone/pole widzenia/dla powracających/.

Debiutancki tomik s. Bogusławy Gajowskiej zatytułowany: Wyrwy Szczeliny Przestrzenie obejmuje wiersze z lat 1992-2019, których kolejność  ujęta w rozdziały: Wyrwy, Szczeliny, Przestrzenie ukazuje proces przechodzenia z sytuacji opresyjnej; z ziemi  wewnętrznego wygnania, ze schizofrenii duchowej, do osobistej, intymnej i uwalniającej relacji z Bogiem. Owocem tego wysiłku związanego z głębokim egzystencjalnym pragnieniem miłości jest interesujący zestaw nie tylko poetyckich refleksji i aforyzmów (morza/nie uspokoisz/kamienia/nie zaprosisz do tańca), ale zwięzłych modlitw, które są jednocześnie  wyrazem kondycji człowieka potrzebującego dobrego, mądrego słowa rozmowy, która: nasyca/mozolne zmagania/do/wywichnięcia/słowa/w prawdę/. Poprzez pracę nad słowem i eksperyment z jego zapisem prowadzący do polifonii znaczeń: noszę/w sobie/człowieka/na obraz/i przez podobieństwo/i przechodzę/go/bez mapy/ja/turysta nie-dzielny/ Autorka odsłania to, co się w niej nieustannie toczy.  Zmagając się z obawami, lękiem i powierzchownością (ja/turysta nie – dzielny), ma niewątpliwie na uwadze  mapę wartości rudymantarnych ujętych w Dekalog i osiem błogosławieństw, które są antidotum na wikłanie się w sytuacje infantylne, w banał i nierzetelność, których konsekwencje można  spuentować innym jej wierszem: wyścigi/po drabinie/nie są łatwe/plączą się nogi/i spieszą szczeble.

 

Wiadomo, że łatwiej tworzyć na tematy erotyczne, o ciele uwikłanym, o dramacie bólu i śmierci,   albo utwory będące wyrazem totalnej kontestacji. O wiele trudniej pisać i kreować obrazy o dobru, o wartościach, które ukazują wymykanie się osoby ze świata schematów, z pułapki  determinizmu ciała w kierunku wolności, którą wskazuje Jezus Chrystus. W przypadku tych pierwszych tematów twórca dysponuje niezliczonym zestawem doświadczeń własnych i społecznych. Te doświadczenia ułatwią mu kreację wszelkiego rodzaju środków wyrazu, ponieważ zmysły nasycone pamięcią doświadczeń  przylegają niemal w sposób naturalny do pióra, pędzla, kadru i gry aktorskiej. A z racji tego, że są  powszechnie znane, to poruszają emocje u odbiorców i budzą zrozumienie, a nawet uznanie. Bo  odbiorca potrzebuje zrozumieć, bo wtedy czuje się kimś ważnym, bo wiedza to władza, a nierozumienie, to rodzaj upokorzenia, które może wzbudzić niechęć  a nawet agresję i to nie do siebie –  jako osoby z konkretnym brakiem, ale do tego, który wie. Siostra Bogusława Gajowska nie idzie wydeptaną ścieżką.  Wprowadza czytelnika na kolejny szczebel doświadczenia.  Mówi o treściach mniej znanych, ale koniecznych. Łamiąc schemat dość częstych i  nie rzadko banalnych  religijnych strof wynikających z pobożnych uniesień, wprowadza w przestrzeń wysiłku ludzkiego ducha.  Buduje nowe środki wyrazu, które mogą przybliżyć to, do czego człowiek nie nawykł, ale co niezbędne do pełni życia.  Jej Wyrwy Szczeliny Przestrzenie ukazują dynamikę krzyżowania się w podmiocie lirycznym kierunków świata, logikę duchowego życia oraz sposoby szukania literackiego słowa. Zawarte w nich prawdy ewangeliczne, dopełnione doświadczeniami mistyków, ujęte w metaforę:  zimą/w nieszczelnych oknach/marzną biedronki/by wiosną/przynieść /chleb/z nieba/, albo: w miłość /wejdziesz/ s a m /ranna rosa obmyje stopy / wyrażają w sposób epifanijny również doświadczenia poetki  i wraz z treścią kolejnego poetyckiego zwierzenia: wyrywam/ciało/do drogi, mogą być pomocne w formacji duchowej.

Eżbieta Wasyłyk

 

 

Maciej Lutyński – tom wierszy „Moje pogranicze”

„Moje pogranicze” – znakomity poetycki debiut książkowy Macieja Lutyńskiego

 

Do czytelników trafia własnie rewelacyjny  tomik poetycki Macieja Lutyńskiego „Moje pogranicze”,  który ukazał się nakładem Wydawnictwa Media Zet. To niezwykle udany debiut książkowy tego utalentowanego poety. Książkę, która ma 122 strony, tworzą dwa wyjątkowe w swym przesłaniu i poetyce tomiki:  „Moje pogranicze” i  „Laleczka z Bornego”. Książkę dopełniają pełne fascynacji i magii ilustracje – rysunki Joanny Rutkowskiej.

      

Jaka to poezja?

Poezja Macieja Lutyńskiego rozpięta jest „Na pograniczu” świata widzialnego i świata duchowego, sięga nawet w głąb światła – czytamy na okładce książki recenzję pióra Zuzanny Przeworskiej. –  Ba, rozświetla wszystkie mroki, lęki, strachy, które w nas się piętrzą.  Poeta osadza swoje wiersze we własnej jakże oryginalnej mitologii, nawiązując do wartości Dekalogu, ale kreuje to bez patosu, a transcendencję osadza w… codzienności. To wiersze bardzo ważne, jakże znaczące, o Człowieku, który odwołując się do odwiecznej Prawdy, szuka siebie tu i teraz, jakby przeczuwał, że może Go „spotkać/ jak panny z lampami / jak mężczyznę z pieskami / jak handlarzy na plaży / jak czarnych górników / a kiedy zapyta cię / o drogę / poproś / by uderzył / laską o serce / staniesz się / nosicielem / Światła”. To, co przydarza się bohaterom poetyckim w tym jakże oryginalnym tomie poezji, dotyka najczulszych strun naszego życia, także życia podskórnego.

Maciej Lutyński to poeta o wyjątkowej wyobraźni i wrażliwości na słowo, z własną, już rozpoznawalną poetyką. Wygrywa jak na lutni, on Lutyński, nowe brzmienia słów, pełne zaskakujących metafor i skojarzeń, błyskotliwych sensów i znaczeń, a czasem jest to stricte poetycka gra słów. W swej poezji poeta odwołuje się nawet do własnych wierszy, co dla czytelnika może stanowić nie lada wyzwanie.

Ten intrygujący, wręcz zaskakujący debiutancki tom wierszy „Na pograniczu” Macieja Lutyńskiego, w którym tyle prawdziwych perełek – poetyckich błysków, będzie z pewnością dużym wydarzeniem w Poezji. Zapraszam do lektury – koniecznie trzeba tę poezję nie tylko przeczytać, ale i przeżyć. Zostawia trwały ślad.

————————————————————————-

Poniżej: O książce, Zamówienie, Poeta o „Moim pograniczu”, Podziękowania, O autorze 


O książce „Moje pogranicze” Macieja Lutyńskiego

Wydawca: Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

Str. 122

Opracowanie i redakcja – Zuzanna Przeworska

Ilustracje – Joanna Rutkowska

Opracowanie graficzne:

Oficyna Reklamowo-Edytorska DRACO-ART w Pile – Renata Drozd

Wydanie I , Piła 2019

 

Druk: Drukarnia „TOTEM”Inowrocław

ISBN 978- 83- 60245-93-4

 

————

Zamówienie

1/ Książkę tę można zamówić u wydawcy:  możemy wysłać pocztą –
cena za 1 egz. – 25 zł +9 zł koszty przesyłki. Można tę kwotę 34 zł wpłacić
na konto wydawnictwa – proszę podać dokładny adres:
Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska
64-920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

Bank Pocztowy Oddział w Pile

Nr 70 1320 1351 2212 3516 2000 0001

Książkę wyślemy po wpłacie na konto

tel. 668 000 335

64–920 Piła, ul. Salezjańska 11/8, tel./fax /067/ 213 24 92

www.wydawnictwomediazet@wp.pl

e–mail: mediazet@wp.pl

 

2/  Książkę tę można zamówić także u autora Macieja Lutyńskiego:

tel. 666 728 023    e-mail:  maciejlutynski777@onet.pl

————————————————————–

Poeta Maciej Lutyński o „Moim pograniczu”:

Ten niezwykle oryginalny w swej poetyce poeta Maciej Lutyński tak oto pisze o „Moim pograniczu”:

między życiem a śmiercią
między światłem a ciemnością
między rozumem a wiarą
między czasem a bezczasem
między światem a zaświatem
w dywanach w obłokach

w słoneczniku w jabłoni

w trwaniach błąkaniach wygnaniach

w wojennych cierpieniach
w jesieńnieniach i w zorzeniach

w postaciach z pyłu siarki prochu

w kochanki w poranki
we mnie i poza mną
jest moje pogranicze

moje pogranicze

maskarada czy prawda

?

Na to pytanie czytelnik sam sobie odpowie po lekturze tej wyjątkowej, pełnej doznań  książki poetyckiej.

——————————————-

 

P o d z i ę k o w a n i a 

Kto dostrzega w sobie tę Bożą iskrę, którą jest powołanie artystyczne – powołanie poety, pisarza, malarza, rzeźbiarza, architekta, muzyka, aktora… – odkrywa zarazem pewną powinność: nie można zmarnować tego talentu, ale trzeba go rozwijać, ażeby nim służyć bliźniemu i całej ludzkości.

Jan Paweł II, List do Artystów, nr 3

 

Najpierw dziękuję Pani Marii, która uwierzyła w to, że mam talent i nie pozwoliła, aby się zmarnował. Myślę, że bez Niej nie powstałyby te wiersze i  tomik. Dziękuję za każde słowa, za zachwyt, za motywację, za nieocenione wsparcie.

Dalej, dziękuję Pani Czesławie. Sama wie za co.

Serdeczne podziękowania składam Pani Joannie Rutkowskiej za to, że zmierzyła się z częścią moich utworów i wykonała niezwykłe rysunki. Dzięki nim ta książka jest o wiele lepsza. Przeze mnie musiała Pani obcować z mrokiem. Dziękuję za podjęcie tego wyzwania. Każda próba demaskacji osobowego Zła napotyka na jego sprzeciw, ale ile przynosi duchowego pożytku ludziom! Ma Pani swój wkład w ten pożytek.

Wreszcie dziękuję Pani Zuzannie Przeworskiej, wspaniałej Poetce, za to, że przeczytała moje utwory i w nie uwierzyła. Dziękuję za wiele podpowiedzi, które pozwoliły udoskonalić to, co napisałem. Dziękuję za wydanie tego tomiku. Dziękuję za lutowanie i za lutnię.

Ponadto dziękuję Wam, Drodzy Czytelnicy, że sięgnęliście po tę poetycką książkę. Jeśli uważacie, że mam talent i nie mogę go zmarnować, dzielcie się tymi wierszami z innymi, aby mogły służyć bliźniemu i… całej ludzkości.

Zapewniam, że mam ich w zanadrzu jeszcze wiele. Choć nigdy nie wiem, który będzie ostatni.

—————————————————

O autorze: 

Maciej Lutyński (ur.07.06.1992)

Przez pierwsze szesnaście lat mieszkał w Parchowie na Kaszubach. Już w dzieciństwie podejmował próby poetyckie.  Niektóre wiersze z tamtego czasu zachowały się, inne przepadły. W 2006 r. ,,Głos Pomorza” opublikował cztery z nich. Od 2008 r. mieszka w Ustce, gdzie ukończył liceum ogólnokształcące. Jest magistrem teologii. Na długie lata zaprzestał pisania. Powrócił do niego w wakacje 2018 r., czego owocem jest ten debiutancki tomik. Ma już materiał na następny. Lubi teatr, dobry film, codziennie czyta książki. Nosi się też z zamiarem napisania własnej, gdyż proza też nie jest mu obca.

Marek Kotkiewicz – tomik poetycki „Drzazga”

Książki poetyckiej „Drzazga” Marka Kotkiewicza nie można przegapić! 

 

Dorobek twórczy poety Marka Kotkiewicza wzbogacił się o rewelacyjny tomik poetycki „Drzazga”, który ukazał się niedawno nakładem Wydawnictwa Media Zet. Nie można przegapić tego wydawnictwa. Ten tomik jest niesamowity, wywołuje silne emocje z uwagi na problematykę wierszy i ich przesłanie moralne, kulturowe i egzystencjalne.

„Drzazga” to ważna książka poetycka w twórczości poety i artysty plastyka Marka Kotkiewicza. Ważna z wielu powodów. To mocna i trafna poetycka wypowiedź na temat wartości, naszej tożsamości narodowej i wielowiekowego współistnienia z inną kulturą – żydowską.

To tytułowa „drzazga” wbita przez historię, szczególnie w czasie II wojny światowej, w owe współistnienie obu narodów.

Te lapidarne wiersze, ze zdumiewająco zaskakującymi pointami, są bardzo obrazowe, poruszają, wzruszają, wywołują refleksję.

Nic tu nie jest oczywiste, a wszystko układa się w prawdę.

Tak może tylko poeta.

– Twórczość polska i żydowska przenikały się ze sobą przez wieki. Szkoda, że ten czas odszedł bezpowrotnie. Dzisiaj wielu Polaków deklaruje niechęć do Żydów, ale literatura żydowska, a zwłaszcza twórcze dokonania Żydów polskich niepodobna wyłączyć z naszej historii. Antysemityzm to brak wiedzy, a także nietolerancja religijna. Wyznanie mojżeszowe i katolicyzm posiadają te same korzenie wspólnego istnienia na dobre i złe – wyjaśnia Marek Kotkiewicz w słowie od autora na końcu tego nieprzeciętnego tomiku.

 

Krótka rozmowa z autorem:

 

Dlaczego zająłeś się tą problematyką?

Wnieśliśmy tam, na dawnych polskich Kresach, ogromny wkład kulturalny, materialny, podnieśliśmy poziom życia. Przed wojną Żydzi i Polacy żyli tam w symbiozie, a kiedy zaczęła się wojna, skończyła się naturalność bycia z sobą. A my jako Polacy nagle staliśmy się tam na Kresach dziećmi wyklętymi. A przecież na tych terenach byliśmy w większości. W czasie drugiej wojny światowej działały tam silne zgrupowania Armii Krajowej, które były utrzymywane przez ludność cywilną. Te tereny później nam odebrano.

Tyle lat po wojnie, a poeta rozdrapuje rany…

To nie są rany.  Chodzi mi o pamięć – o dziejową sprawiedliwość. Napisałem ten tomik dlatego, bo na Kresach – w Grodnie, Wilnie – wsiąkła krew moich przodków. Przez brutalną politykę powojenną wyrwali nam z korzeniami całą polskość Kresów Wschodnich, jakby nas tam nigdy nie było. A te tereny były polskie i zawsze będą nasycone Polską.

 

        

 

O książce:

Marek Kotkiewicz  „Drzazga”  

Wydawca: Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

Str. 44

Redakcja – Zuzanna Przeworska

Okładka, ilustracje – Marek Kotkiewicz

Opracowanie graficzne:

Oficyna Reklamowo-Edytorska DRACO-ART w Pile – Renata Drozd

Wydanie I , Piła 2019

 

Druk: Drukarnia „TOTEM”Inowrocław

ISBN 978- 83- 60245-90-3

 

————

Zamówienie

 

1/ Książkę tę można zamówić u wydawcy:  możemy wysłać pocztą –
cena za 1 egz. – 15 zł +7 zł koszty przesyłki. Można tę kwotę 22 zł wpłacić
na konto wydawnictwa – proszę podać dokładny adres:
Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska
64-920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

Bank Pocztowy Oddział w Pile

Nr 70 1320 1351 2212 3516 2000 0001

Książkę wyślemy po wpłacie na konto

tel. 668 000 335

64–920 Piła, ul. Salezjańska 11/8, tel./fax /067/ 213 24 92

www.wydawnictwomediazet@wp.pl

e–mail: mediazet@wp.pl

„Bliźniacza skaza” Roberta Kołosowskiego

Bliźniacza skaza”, czyli prowokacyjna bajka dla dorosłych 

 

                            

Po debiutanckim tomiku poetyckim „Piruet”, który spotkał się z dużym zainteresowaniem czytelników, Robert Kołosowski wydał kolejną swoją publikację – „Bliźniaczą skazę”.

Nie jest to jednak kolejna książka poetycka tego autora, choć trzeba przyznać, że ujawnia się w niej jako poeta, a to choćby z uwagi na język. To książka z mocną dawką, bowiem dotyczy uzależnienia. Autor opowiada o tym w formie pewnej przypowieści, która miejscami  brzmi jak jak bajka dla dorosłych z prowokacyjnym epilogiem.

„Czas jest tylko chwilą

a chwila wiecznością

w której nie mogłem się odnaleźć.

Nie poznałem istoty

mojego istnienia

w oczach kobiety.

Fałsz jest odmianą przyjaźni,

którą zamyka uścisk spoconej dłoni.

Samotność utopiłem w butelce,

a jedynym moim oddechem

to wypalony papieros”

– czytamy w przesłaniu od autora.

 

O książce:

Robert Kołosowski „Bliźniacza skaza”  

Wydawca: Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska

Str. 32

Redakcja – Zuzanna Przeworska

Okładka, ilustracje –  Marek Kotkiewicz

 

Opracowanie graficzne:

Oficyna Reklamowo-Edytorska DRACO-ART w Pile – Renata Drozd

Wydanie I , Piła 2019

 

Druk: Drukarnia „TOTEM”Inowrocław

ISBN 978- 83- 60245-86-6

 

————

Zamówienie

 

1/ Książkę tę można zamówić u wydawcy:  możemy wysłać pocztą –
cena za 1 egz. – 12 zł +7 zł koszty przesyłki. Można tę kwotę 19 zł wpłacić
na konto wydawnictwa – proszę podać dokładny adres:
Wydawnictwo Media Zet Zuzanna Przeworska
64-920 Piła, ul. Salezjańska 11/8

Bank Pocztowy Oddział w Pile

Nr 70 1320 1351 2212 3516 2000 0001

Książkę wyślemy po wpłacie na konto

tel. 668 000 335

64–920 Piła, ul. Salezjańska 11/8, tel./fax /067/ 213 24 92

www.wydawnictwomediazet@wp.pl

e–mail: mediazet@wp.pl

 

 

Rozmowa z poetą, artystą plastykiem Markiem Kotkiewiczem

 

                                   Jak w kalejdoskopie

 

                               

Zuzanna Przeworska: – Jesteś już autorem rozpoznawalnym. Masz w dorobku kilka znaczących tomów wierszy i prozę. To m. in. obszerna książka z poezją i prozą „Jutro już było” (Warszawska Firma Wydawnicza, 2013), a także misternie wydane tomiki: „Magia codzienności”, „Bose uświęcenie”, „Strzępy” oraz mikropowieść „Dzisiaj będzie jutro” (Wydawnictwo Media Zet, 2016). A teraz, pod koniec roku 2017, wydałeś aż trzy tomiki poetyckie: „Klucz”, „Erotyk kulawego” i „Kłusownik kwiatów”. Piękny prezent pod choinkę: dla autora, ale i dla czytelników. W Twojej twórczości tyle tematów, tyle światów, tyle zderzeń słów i obrazów…

Marek Kotkiewicz: – W moim życiu, także i w mojej twórczości, nic nie jest jednoznaczne. O czym piszę? Tak ogólnie – to tematy egzystencjalne. Często jest to problem samotności jednostki żyjącej poza marginesem, albo na marginesie życia. Szczególnie jest mi bliski poeta Kazimierz Ratoń, który żył właśnie na marginesie życia, krytykując małą stabilizację.

Twój biogram też jest nieprzeciętny …

– Czy ja wiem, mogę powiedzieć, że moje życie jest skomplikowane, pogmatwane na różne sposoby. Za buńczuczne życie byłem zmuszony zmieniać szkoły: liceum na zawodówkę, zawodówkę na technikum. Skończyłem studia wyższe z tytułem magistra „bibliotekoznawstwa, informacji naukowej, z możliwością nauczania języka polskiego”, pisząc pracę magisterską o poecie Tadeuszu Micińskim, który do dziś nie ma grobu. Byłem i robotnikiem i dyrektorem, byłem wśród bohemy artystycznej i wśród marginesu społecznego, byłem bezrobotny, bezdomny, mieszkałem w wilii i wydawałem ponad 20 tysięcy miesięcznie…

Obracałeś się wśród bohemy artystycznej. Podobno grałeś na gitarze. Powiedz coś więcej o tym…

– To był krótki epizod. Grałem na gitarze, na harmonijce, pierwsze kroki stawiałem w legendarnym krakowskim klubie studenckim „Pod Jaszczurami” – śpiewałem bluesy, grałem stylem slide’y gitar. O bluesie mam już przygotowany tomik do druku, który ukaże się w przyszłym roku. To także mój świat. Wędrując przez swoje życie spotykałem mnóstwo różnych ludzi, którzy przeżywali świat na swój sposób. A że byłem wrażliwy na słowo, doznania, na życie tych ludzi i życie moje, musiałem pisać.

I znalazłeś swoje miejsce w życiu?

– A skądże, ciągle się przemieszczam – w przestrzeni i w słowie, ciągle poszukuję, zgłębiam istotę życia i sztuki. I nie czuję, że znalazłem swoje miejsce w życiu, że jestem ustabilizowany. Czegoś takiego nie ma, to ciągłe poszukiwanie.

A czego szukasz?

– Satysfakcji, potwierdzenia, że nie tylko jem, śpię i kocham, ale też mam coś do przekazania, chcę się z kimś podzielił tym, co dla mnie ważne, chcę zostawić coś po sobie. To są takie ślady mojej obecności. Świat mnie interesuje, życie. Mam taką potrzebę i tworzę.

Właśnie, co daje ci twórczość?

– Dopełnia mnie, daje dokończenie tego, co we mnie. Nie chcę kreować siebie, ale wyrzucić z siebie to, co we mnie głęboko siedzi. Tak, pisanie to świadomość dla samego siebie, że się istnieje.

Twojej niezwykłej, często prowokacyjnej poezji, która dotyka istoty naszego życia, towarzyszą obrazy. Te tak pięknie wydane obecnie zbiory poezji: „Kłusownik kwiatów”, „Erotyk kulawego” i „Klucz”, jak i poprzedni tom wierszy „Magia codzienności”, są ilustrowane Twoimi wieloznacznymi obrazami – w pełnym kolorze. Są to swoistego rodzaju albumy poetycko–malarskie. Czy malarstwo dopełnia poezję, czy też poezja dopełnia malarstwo? Która z tych dziedzin sztuki jest dla Ciebie ważniejsza?

– Jeżeli maluję, to interesuje mnie forma, faktura, kompozycja. Zawsze wieszali moje obrazy do góry nogami, czyli świadczy to o tym, że kompozycja obrazu jest dobra, bo obojętnie jak powieszą, to jest dobrze. Ale do czego zmierzam, chodzi mi o to, żeby wgłębić się w ludzką naturę. Ja maluję abstrakcyjnie – malarstwo figuratywno–fakturowe, tak bym to określił, a to jest abstrakcja. Wiadomo też, że nie ma takiej abstrakcji, która by nie była w naturze, trzeba ją tylko odnaleźć, to kwestia spojrzenia. Powiedzmy, mamy przed sobą liść, który jest wygięty, czy korę odłamaną – jeżeli zrobimy ich zbliżenie, to jest nie wiadomo jaka abstrakcja. W twórczości chodzi o jakiś przekaz.

Pisanie jest więc dla Ciebie inną formą przekazu niż malarstwo?

– Właśnie. Dla mnie proza to jest analiza – analiza ruchu, słowa, dlaczego w danym czasie zrobiliśmy to, a nie tamto – musimy to przeanalizować, pokazać dlaczego. A poezja – to jest synteza: buduje obraz, tak jak obraz malarski – tylko inny. Inne jest tworzywo – tworzywo jest językowe. Ale przez analizę skupiamy się.

Ale Ty często prowokujesz? 

– Oczywiście, robię kompozycje otwarte, prowokujące. Nie chcę bowiem nikogo nauczać, pouczać, tylko nadać sygnał, że jest coś takiego, przed czym musimy stanąć twarzą w twarz, musimy sobie z tym poradzić, przetrawić, jakoś się uporać i dalej iść do przodu. Jeżeli jest chociaż jeden odbiorca, który odczuwa podobnie, to wtedy wiersz jest poezją. Nie chodzi tu o to, żeby być modnym, być idolem, to nie ma znaczenia.

Jeden z trzech Twoich najnowszych tomików poetyckich nieprzypadkowo zatytułowałeś: „Klucz”. Dlaczego klucz? Klucz do czego? Do człowieka, do prawdy, do świata?

– Do słowa, które jest wypowiedziane. Odpowiedzialność za słowo, którym się operuje, i przekazuje myśl. I to jest bardzo istotne.

 A co chcesz powiedzieć w tym „Kluczu”?

– Nie mam żadnego przesłania. Zamkniętego przesłania. Wszystkie moje kompozycje są jak gdyby impulsami dla kogoś, żeby się otworzył, pomyślał nad tym, co robi, kim jest i gdzie jest. Bo jak powiedział Młynarski, prowincja to jest kategoria umysłowa, a nie geograficzna, i musimy zdawać sobie sprawę kim jesteśmy. Maciej Zembaty zawsze mi się podobał, choćby w piosence „Onuce”, w której napisał, że „ Nic tak nie śmierdzi, jak moje onuce”. I Maciej Zembaty zawsze wiedział, kim jest i co robi.  Podobnie Jonasz Kofta, który uważał, że „Człowiek czasami musi, inaczej się zadusi”.

A pisanie dla mnie to jest pewna forma spowiedzi z tego co człowiek przeżył, zauważył, z kim się chce podzielić. Bo nie wierzę w pisanie do szuflady. Pisać do szuflady można pamiętniki: że ktoś odszedł, ktoś wrócił, ot, takie intymne wyznania z codzienności.

Nie wierzysz w natchnienie?

– Nie tak dosłownie. Jest coś takiego jak impuls, błysk, myśl, która nagle spada na mnie, zaczyna drążyć, nurtować. Zapisuję to w notatniku, a później rozbudowuję, pracuję nad słowem i obrazem tego słowa. Podobnie dzieje się, kiedy coś usłyszę, co nie daje mi spokoju, albo coś zauważę – rejestruję to w mojej świadomości i wrażliwości, przenoszę na papier. I długo pracuję nad tą słowną materią.

Wisława Szymborska w „Wieczorze autorskim” pisała, że poeta skazany jest na „ciężkie norwidy”

– To prawda, w sztuce jest więcej pracy niż natchnienia. Jak już mówiłem – jest impuls, a później praca! Jakakolwiek wypowiedź artystyczna nie może pokazywać bólu jej powstawania. To musi zaistnieć tak, jakby to było napisane, namalowane z wolnej ręki. Nie wolno pokazywać bólu tworzenia. Pokazuje się esencję tworzenia.

Mówi się, że esencją życia człowieka jest miłość. I w Twojej poezji jest miłość. To tomik pod tytułem „Erotyk kulawego”. Ze zmysłowymi obrazami: poetyckimi i malarskimi.

– Jest w mojej poezji i malarstwie miłość. To potrzeba dotknięcia, potrzeba bliskości. Nie wolno brutalizować miłości, bo jest ona jak sztuka, trzeba umieć dotknąć, pokochać, trzeba umieć pocałować. Za młodu człowiek w miłości szuka przyjemności, chce się zrealizować, z czasem miłość przeradza się w przyjaźń, a w starszym wieku jest dla zdrowotności, ale musi to być tak ładne i tak przyjemne dla obu stron.

Wiersze są zmysłowe, lapidarne, ale zarazem obrazowe, dotykasz istoty uczucia…

– Nie wiem, nie ma dotyku bez duchowości. Można wielokrotnie kochać wiele osób, być z wieloma osobami, ale każda miłość, każde obcowanie, przysparza nam doznań. Nie umiałem się zamykać jak gdyby na jednej płaskiej przestrzeni. Szukałem doznań w życiu chodząc pionowo, a nie poziomo.

Pionowo, czyli jak? Po szczeblach kariery…

– I do góry i na dół. Jak już mówiłem, bywałem na szczytach i na dnie. Nigdy nie lubiłem płaszczyzny jednej warstwy, powierzchownej, takiej co zadawala się tym, co ma. Zawsze drążyła mnie myśl, żeby poszukać coś innego.

„Erotyk kulawego” – nie chodzi tu chyba o dosłowność, ale o miłość, która ma jakieś rysy, jakiś uraz na psychice…

– Nigdy nie można rozłożyć wszystkich kart, które posiadasz, bo jeśli wyłożysz wszystkie karty, to przegrasz.

W „Kłusowniku kwiatów” je trochę odkrywasz. To błyskotliwa poezja, miejscami proza poetycka – subtelna, intymna, ale i panoramiczna. Nie ma tu żadnych tematów tabu.

– Nikt nie zabroni człowiekowi szukać rzeczy, które go nurtują. Dogmat dla mnie nie istnieje.

A co jest w zamian?

– Chyba ciągłe poszukiwanie – poszukiwanie odpowiedzi. Dla mnie nie ma jednostronnej prawdy, prawda ma zawsze wiele odcieni i dlatego jest kłusownik.

Kłusownik?

– No, bo trzeba czasami trzeba wyjść poza układy społeczne, które obowiązują, żeby poszukiwać siebie. Z reguły jeżeli istniejemy w stadzie, stado określa nam pewne warunki, kiedy wychodzimy spoza stadnych norm, stajemy się kłusownikami, stajemy się kimś z marginesu.

Twoi bohaterowie walczą ze swymi uzależnieniami?

– Na pewno, życie jest uzależnieniem. Dlaczego tak mówię? Bo np. pisze i mówi się urodziłem się, podczas gdy powinno się mówić urodzono mnie – w danej rodzinie, w danym układzie, w danej euro polityce, w której się w jakiś sposób kształtowałem, przez ten prymat patrzyłem na świat.

Jestem np. na Ziemiach Odzyskanych, ale to nie są moje ziemie. Ja jestem duszą w Wilnie, gdzie moja matka nie dała sobie wpisać do dowodu, że jest ur. w ZSRR, tylko w Wilnie. W mojej pamięci jest mój pradziadek, który ciągnął wóz z Westfalii Ruhry do Bydgoszczy, bo Polska powstawała – nie miał konia, ale szedł, bo była wolna Polska. Mam dziadka, który zginął w obronie Warszawy w 1939 r., w rodzinie są akowcy, drugi dziadek, który walczył w 111 brygadzie ułanów Armii Pomorze – żołnierzy na straconej pozycji, tak ich nazywano, ale potrafili walczyć.

Ta historia rodziny oddziaływuje na Ciebie?

– „Jeszcze słychać śpiew i rżenie koni” – tak zwykle mówiło się o walce o niepodległość, w której brali udział – jak wyżej zaznaczyłem, także moi przodkowie. Ta rodzinna historia ukształtowała mnie i politycznie i duchowo. Dla mnie orzeł z koroną świadczy o naszej państwowości. Na wydanie czeka moja książka „Dzazgi” – o akowcach na Kresach i naszych narodowościowych sprawach. Polityka jest działaniem. W mojej poezji też można ją odszukać, choć nie tak wprost.

I to jest znakomite. Pisząc o samotności, wikłasz swojego lirycznego bohatera w różne konstelacje psychologiczno-społeczno – obyczajowe. Ale zawsze tu i teraz. To jednak konstelacje uniwersalne, ponadczasowe. Tak jak Twoje malarstwo. Swoje książki ilustrujesz autorskimi obrazami. Najpierw powstały obrazy czy wiersze?   

– Tomiki przygotowałem graficznie. Ja pracuje na zasadzie kolażu. Czasami mnie coś pobudza obrazowo, więc robię obraz, a jeżeli w sobie zasłucham jakąś myśl, jakieś słowo, zdanie, metaforę – to wszystko spokojnie gdzieś tam sobie leży i dojrzewa.

Gdzie leży?

– W moich zapiskach.

A nie we wnętrzu?

Staram się je zapisać, by utrwalić, by nadać im nowe życie.

Duży ten notes do wykorzystania?

– Spory, do końca życia mi starczy.

Zapisujesz, żeby potem nie być „muzeum” nienapisanych wierszy…

– Tak, nawet obrazy nie od razu powstają. Czasem tak po prostu nie chce mi się malować, ale myśl, która zakiełkowała, pozostaje, myślę jaka będzie faktura obrazu, zapisuję szkic o tym jak to skomponuję, po jakimś czasie jak to już we mnie dojrzewa, to siadam i maluję. Tak samo jest z wierszami. To ogrom różnych myśli, które czasem kręcą się wokół jednego tematu. Siadam później, zaczynam kreślić, dobierać słowa, robię krytyczną oprawę wszystkiego, co mam. Bo najlepszym krytykiem jest człowiek dla samego siebie. Wiersz nie może być przegadany.

– Właśnie, Twoje wiersze są lakoniczne, zarazem panoramiczne. A to już sztuka!

– Nie wiem, czy to jest sztuka. To jest właśnie pisanie. Czasami są to obrazy jakby niezwiązane ze sobą treściowo, ale jest myśl, która łączy.

Twoje obrazy nie mają tytułów. Są przy wierszach, które mają tytuły. Zatem można je tak samo zatytułować?

– To już należy do odbiorcy, do czytelnika. Obrazy są ilustracją do wierszy. Nawiasem mówiąc, rzadko nadaję tytuły obrazom. Bo to jest narzucane komuś odbioru. Dla mnie obraz musi przemówić tym, co jest w nim ukryte.

Jak to odkryć?

– Trzeba przystanąć, popatrzeć, wsłuchać się w siebie, dać ujście swoim emocjom i refleksji. A jak ktoś chce, może spróbować odczytać w obrazie jego symbolikę.

A poezja? Ważniejsza od malarstwa? Czy sama poezja to za mało, żeby się w pełni wypowiedzieć?

– Poezja jest elitarna. Nie ma takiego oddziaływania jak sztuki piękne – malarstwo. Tym bardziej, że jesteśmy coraz bardziej społeczeństwem obrazkowym – obraz ma większe znaczenie.

Ale w poezji obraz jest jej siłą!

– Tak, w sensie słowa. To kolaże słowno – obrazowe. Trudno oderwać wiersz, prozę od obrazu – dla mnie jest to jedność. Obrazowanie mojego świata tak, jak go odbieram. I jest taka potrzeba podzielenia się tym z kimś. Taka forma spowiedzi. Ktoś pójdzie do kościoła, wyspowiada się i jest cały szczęśliwy. Dla mnie twórczość jest takim właśnie wyzwoleniem.

Dziękuję za rozmowę.  

  Z poetą, artystą plastykiem Markiem Kotkiewiczem rozmawiała Zuzanna Przeworska 

Roman Młodnicki i jego poetyckie „Niecodzienne blaski i cienie”

Piękny tom poezji Romana Młodnickiego 

 

Tomik „Niecodzienne blaski i cienie” to autoportret poetycki Romana Młodnickiego. Są to portrety ze słów – wzruszeń i refleksji, liryki osobistej i egzystencjalnej, a także obrazowych: społecznych i patriotycznych pełnych kontekstów konstelacji dotyczących tu i teraz. A to wszystko notowane w poetyckich i wierszowanych rymowanych zapiskach od ponad półwiecza! Pierwsze wiersze są z lat 50. minionego wieku, ostatnie – współczesne. Jakże to imponująca liryczno-refleksyjna konsekwencja!

W tym niejako dzienniku wierszy odbija się więc czas, ale pomimo jego upływu poeta usiłuje ocalić wartości ponadczasowe.

Niezwykle przejmujące są „Treny”, które poświęcił swojemu synowi – w tym strumieniu świadomości, bogactwa myśli i pełnych ekspresji emocji mieści się cała poezja Romana Młodnickiego. Dużo się w niej dzieje.

Tom tych niezwykłych wierszy liczy 292 strony! Składa się z siedemnastu rozdziałów poetyckich rozdziałów – oto ich znamienne tytuły

Ty jesteś jak, Symfonia wonna, Jak nić Ariadny, Ech, ta miłość, Smak życia, W masce człowieka, Czas jak światło, Człowiek jak liść, Serce można ogrzać, O Matce – wspomnienia najczulsze, Krajobrazy z melancholią, Niecodzienne blaski, Ocknij się, Polsko!, Kraju mój…, Wielki Papież – Święty Jan Paweł II, Treny – Mojemu synowi Mariuszowi poświęcam, Mowa nieśmiertelna.   

 

Oto piękny wiersz „Czas jak rzeka” Romana Młodnickiego otwierający tom poezji „Niecodzienne blaski i cienie” :

Czas jak rzeka….

 

Zegar wybija rytm samotnie

Lecą sekundy i godziny

My mimo woli i przelotnie

Myślimy z jakiej to przyczyny

 

Dlaczego czas tak szybko mija

A czy nie szkoda tego czasu

A on złośliwie takt wybija

Wstrzymane wskazówki! Zawczasu

 

Żeby godziny nie leciały

W tak szybkim tempie i zuchwale

Bo tak przeleci żywot cały

Strasznie sromotnie – niebywale

 

Czas jakże drogi a zuchwały

Często nam w życiu figle płata

Choć człowiek często taki mały

A nad wyżyny wciąż wylata

 

 

Zapraszam do lektury!

Cena za 1 egz. – tylko 25 zł!!! (+ 7 zł koszty przesyłki)

Książkę  można zamówić w naszym Wydawnictwie. 

Zuzanna Przeworska

 

O Autorze: 

 

Roman Młodnicki – rocznik 1937.

Górnik z zawodu Aloha enterprise 8080 , cały jest poezją. Mieszka w Siemianowicach Śląskich

Wiersze prezentował na spotkaniach w Śląskim Stowarzyszeniu Kulturalnym „Moja chwila”, na wieczorze poezji w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Siemianowicach Śląskich, w Siemianowickim Centrum Kultury Willa Fitznera oraz w miejscowym „Radio Barys”.

Autor tomiku poezji pt. „Wiersze” (Warszawska Firma Wydawnicza, 2013).

Uhonorowany dyplomem uznania za pracę twórczą, nominowany do nagrody artystycznej „Promocja Regionu i Twórczości Śląskiej”, wyróżniony złotym medalem „Poezja Roku 2014”.


Roman Młodnicki

 Urodził się w Krakowie w 1937. Tam też ukończył Gimnazjum im. Tadeusza Kościuszki. Później rozpoczął naukę w dwuletniej Szkole dla piekarzy – cukierników. Pracuje w zawodzie.
Pisać wiersze zaczął w 1952 roku. W 1955 r. pierwsze wiersze zostały skonfiskowane i uznane za antypaństwowe, autor został nawet aresztowany.
Po wyjściu pracował w TOS (Techniczna Obsługa Samochodów). W tym czasie dostał powołanie do SP (Służba Polsce), ale nie zgłasza się do odbycia służby. Wychodzi dekret MON-u, że wojsko można odpracować w górnictwie. Korzysta z tej propozycji.
Do Siemianowic przyjeżdża w 1957 i rozpoczyna pracę w Kopalni Siemianowice. Pracę tę polubił od razu i po odpracowaniu wojska postanawia pozostać i przechodzi wszystkie szczeble górnicze: strzałowy, potem instruktor strzelniczy, na końcu dozór. Wspomina, że warunki były ciężkie, ale można było szybciej dostać mieszkanie.
Również rodzina Romana Młodnickiego przeszła traumę związaną z okupacją. W 1939 roku aresztują ojca za organizację podziemną, ucieka on jednak z transportu i kontynuuje działania przeciwko okupantowi. Ponownie aresztowany w styczniu 1941 r., osadzony w Oświęcimiu, oznaczony Nr P. Polen 23213, a w marcu 1942 r. zostaje zamordowany w wieku 34 lat. Pozostaje dokument w bloku nr 6 i symbol – artysta rzeźbiarz.
Po aresztowaniu ojca zaczyna się gehenna dla całej rodziny. Co noc rewizja, bicie  – wspomina autor. Cała rodzina zostaje wyrzucona z mieszkania bez możliwości zabrania czegokolwiek. Śpią po piwnicach, strychach. Nikt nie chce przyjąć ludzi prześladowanych przez gestapo. Matka „za karę”, że nie podaje nazwisk z organizacji, dostaje nakaz pracy               w kamieniołomach. Na 48 mężczyzn jest jedyną kobietą.
W końcu dostają mieszkanie – szopę bez podłogi, bez okna, wody i prądu. Na domiar złego wilgoć i szczury. Po pracy matka zmuszona jest meldować się na komendzie, a dwa razy w tygodniu musi jeździć kopać okopy dla okupanta.
Ojciec musiał mieć ważną funkcję w organizacji, bo nawet po wojnie NKWD wypytywała i szykanowała dalej matkę. Przyjechali nawet i kazali spakować rzeczy i na drugi dzień mieliśmy wyjechać transportem do Rosji – wspomina poeta – ale na szczęście do eksmisji nie doszło.
Większość naszej rodziny zostaje wywieziona do Katynia, Smoleńska, Ostaszkowa.
Matka długo nie mogła znaleźć pracy. Dlatego cała rodzina żyła w wielkiej nędzy.
Stąd poezja Romana Młodnickiego przesiąknięta jest żalem i goryczą.

—————————————